Sport.pl

15. PZU Cracovia Maraton: Penetrator dał sygnał do maratonu

- Cracovia Maraton to na tyle wyjątkowy bieg, że za każdym razem miał inną trasę. To ewenement! - podkreśla Edward Stawiarz, jeden z twórców krakowskiego maratonu
Rozmowa z Edwardem Stawiarzem, olimpijczykiem z Monachium, wielokrotnym mistrzem polskim w maratonie i na 10 km, były prezes WKS Wawel Kraków

Andrzej Klemba: W tym roku 15. edycja Cracovia Maraton. Jak powstał ten bieg?

Edward Stawiarz: Historia jest dość prozaiczna. Na mistrzostwach Polski w maratonie w Dębnie w 1999 roku przyszedł do mnie Andrzej Madej, krakowski amator biegania. Był zarazem prezesem biura maklerskiego Penetrator. Zaproponował, byśmy zorganizowali maraton w Krakowie. Wtedy zaledwie w kilku miastach się odbywały i, może poza Warszawą, startowało w nich po 300-500 osób. Od razu zdawałem sobie sprawę, że będzie to duży wysiłek organizacyjny, zwłaszcza w tak dużym mieście. Wiedziałem jednak, że Cracovia Maraton będzie się rozwijać. Liczyłem, że po 10 latach dojdziemy do pięciu tysięcy i tak mniej więcej było.

Wtedy już była moda na bieganie?

- Właśnie do Polski powoli przychodziła z Zachodu, choć już dużo wcześniej Tomasz Hopfer próbował rozbiegać nasze społeczeństwo. Od 1979 roku organizował maraton warszawski. Teraz ludzie wszędzie biegają, kiedy my trenowaliśmy np. nad Rudawą w latach 70., to ludzie pukali się w czoło. Maratony rozpropagował bieg w Nowym Jorku [pierwszy w 1970 roku - przyp. red.], a przede wszystkim jego twórca Fred Lebow. W pierwszym wystartowało niewiele ponad 100 zawodników (ukończyło 55). Rozmawiałem z nim i mówił, że musiał się nawet opłacać gangom, by nie robili problemów biegaczom. Teraz jest tam ponad 50 tysięcy startujących.

I co dalej z Cracovia Maratonem?

- Umówiliśmy się na rozmowę w klubie Wawel, w którym byłem kierownikiem sekcji lekkiej atletyki. Spotkaliśmy się i rozmarzyliśmy, by wzorem wielkich miast jak Londyn czy Nowy Jork, też w Krakowie zorganizować maraton. To ogromna korzyść dla miasta i promocja. Na to wszystko wszedł Robert Korzeniowski, który trenował wtedy w Wawelu. I spytał, o czym dyskutujemy. Gdy mu opowiedzieliśmy o naszym pomyśle, zapalił się do niego, ale poprosił nas, byśmy poczekali i wrócili do tematu po Igrzyskach w 2000 roku, a on nas wesprze w organizacji. I tak się stało. Trochę to trwało, zanim udało nam się przekonać urzędników do tego pomysłu. Wtedy jeszcze prezydentem Krakowa był Andrzej Gołaś.

Musieliśmy utworzyć też instytucję, by zorganizowała bieg. Powstała więc fundacja "Z biegiem Wisły". Byli w niej m.in. biuro Penetrator, bank BWR, WKS Wawel i miasto. Przez cztery lata maraton organizowała właśnie fundacja. Jak zaczął nam się rozrastać i startowało około 1,5 tys. osób, miasto wzięło bieg na swoje barki, a dokładnie Ośrodek Sportu i Rekreacji Krakowianka. Dyrektorem był Piotrek Sokołowski, który do tej pory z ramienia ZIS pracuje m.in. nad maratonem. Z urzędu miasta został oddelegowany Wiesław Maczek, by cały rok zajmować się organizacją, logistyką, ściąganiem sponsorów dla tej imprezy itp. Później Zarząd Infrastruktury Sportowej wziął na siebie odpowiedzialność za maraton. Ma dużo większe możliwości, choćby w zasobach ludzkich. W końcu w maju 2002 roku maraton wystartował z Rynku Głównego. Potem przenieśliśmy się na Błonia, by ostatnio znów wrócić na Rynek.

Właśnie, jakie były pomysły na trasę?

- Wtedy zakładaliśmy, że maratończycy - jak się uda wyasfaltować - ścieżkę pobiegną wzdłuż rzeki do Tyńca i z powrotem. Jeśli zresztą chodzi o trasę, to jest to ewenement na skalę światową. To chyba jedyny maraton, który w każdej edycji miał trochę inną drogę. Kraków wciąż jest gdzieś remontowany i to sprawia, że zawsze ta trasa musiała być zmieniana. Najbardziej optymalna była ta, którą zaproponował prezydent Jacek Majchrowski, czyli do Nowej Huty. Tam biegacze zawsze mogli liczyć na większe zainteresowanie ze strony kibiców. Policja szacowała, że około 50-60 tysięcy kibiców dopingowało, z czego najwięcej właśnie w Hucie. Teraz też jest dużo, ale trochę bardziej przypadkowych, jak np. turyści, bo start i meta są na Rynku Głównym.

Jakie były wasze marzenia, gdy braliście się za organizowanie Cracovia Maratonu?

- Marzyliśmy o pięciu tysiącach. Wtedy zakładaliśmy, że będziemy samowystarczalni, by przy wsparciu sponsora z opłat organizować maraton. Wymagania zawodników i wysokość nagród bardzo jednak wzrosły. Np. w Łodzi zwycięzca dostał 10 tys. dolarów, to 40 tys. zł. Jest dużo maratonów i ludzie wybierają, gdzie startować. W tej chwili z biegania zrobił się biznes. Dla maratończyków to niemały koszt. Np. przyjechać z Gdańska do Krakowa to trzeba wydać np. 300 zł na pociąg, do tego zapłacić za start (ok. 70-130 zł), czasem w grę wchodzi nocleg, jedzenie itd. Dlatego tym razem tego samego dnia będzie maraton w Gdańsku i w Krakowie. Do naszego zapisało się prawie 7 tys. osób, a do gdańskiego dwa tysiące. To pokazuje, ilu jest chętnych na maratony, a do tego są też ci, którzy startują w krótszych biegach. Profesjonaliści biegają te 42 km i 195 m trzy razy w roku, raz na trzy miesiące. Amatorzy pobiegną maraton, a tydzień później już jakieś 10 km.

Jaką teraz pan widzi przyszłość przed Cracovia Maratonem?

- Dojdziemy do 10 tysięcy. Walczę, byśmy mieli jeden stały termin. Zwykle Cracovia Maraton odbywał się w ostatnią niedzielę kwietnia i to była dogodna data, ale teraz wszedł tam Orlen Maraton w Warszawie. W Krakowie pobiegną 15 maja i mam obawy, czy nie będzie już za ciepło. Prognozy są powyżej 20 stopni, a to nie jest dobre, by uzyskiwać dobre wyniki i bić rekordy życiowe, a po to też biegacze startują.

Skąd bierze się taka popularność maratonów?

- Zawsze powtarzam, że to jedyna konkurencja lekkoatletyczna, w której amator może stanąć na starcie ramię w ramię z mistrzem olimpijskim i z nim rywalizować.

Więcej o: