Sport.pl

Rajd Dakar. Rafał Sonik nie boi się prawie niczego. "Tylko los może mi przeszkodzić"

- Ile razy będę startował w tym rajdzie? Do skutku, czyli dopóki nie wygram. A jak już stanę na wierzchołku, to stamtąd będzie najlepiej widać kolejne góry do zdobycia - podkreśla 49-letni Rafał Sonik, który w Rajdzie Dakar wystartuje po raz siódmy.
Serwis specjalny o Rafale Soniku i Rajdzie Dakar

W niedzielę 4 stycznia w Buenos Aires startuje najbardziej morderczy rajd. Wystartuje w nim 15 Polaków (w ostatniej chwili wycofał się Marek Czachor). Samochody poprowadzą Krzysztof Hołowczyc, Marek Dąbrowski Adam Małysz i Piotr Beaupre, na motocykle wsiądą Jakub Przygoński, Maciej Berdysz, Michał Hernik, Paweł Stasiacze) i Jakub Piątek, a ciężarówką pokierują Robin Szustkowski i Jarosław Kazberuk. Jako jedyny na quadzie pojedzie Rafał Sonik. Spośród Polaków to właśnie krakowianin ma największe szanse, by wygrać rajd (rok te,mu był drugi). Uczestnicy Dakaru mają do pokonania ponad 9 tys. km.

Andrzej Klemba: Czym dla pana jest Rajd Dakar?

Rafał Sonik: Życiem w pigułce. W ciągu trzech tygodni je przeżywam. Najpierw ostatnie przygotowania, potem start i po osiągnięciu mety psychiczne wychłodzenie. A w międzyczasie pewnie wzloty i upadki, wielkie nadzieje, euforia... Ale też zapewne trudne lekcje pokory.

Skąd wzięła się chęć ścigania się akurat w quadach?

- Były dwa powody. Gdy do Dakaru zaczęli mnie przekonywać Jacek Czachor i Marek Dąbrowski, byłem już wtedy quadowcem. Do tego to namawianie zaczęli robić bardzo sprytnie, bo podkreślali, że na takiej maszynie pokonać go najtrudniej. To był rok chyba 2006, a wtedy Dakar odbywał się jeszcze w Afryce. Nie ma quadów przygotowywanych fabrycznie na rajd. Każdy był i jest składany ręcznie. Bazą jest quad produkowany przez Hondę, Yamahę lub Suzuki, ale przystosowywanie go do Dakaru to wyłącznie nasza praca w warsztacie. To sprawia też, że poziom awaryjności jest największy spośród pojazdów startujących w wyścigu. Więc nie tylko trzeba umieć jeździć, nawigować, wytrzymywać wysokie temperatury i wiele innych ekstremalnych okoliczności, ale także umieć go naprawiać, i to kilka razy dziennie. Jacek i Marek po koleżeńsku powiedzieli: "Rafał, wystartuj w Dakarze, skoro jesteś takim dobrym quadowcem, ale pamiętaj - jest najtrudniej". To było dla mnie wystarczającą zachętą.

Czyli im większe wyzwanie...

-... tym bardziej mnie korci. Np. w tym roku będzie etap długości ponad 1000 km. Jak tylko o tym usłyszałem, to zanim ktoś do mnie zadzwonił z pytaniem, czy mnie to przeraża, to już się uśmiechałem na myśl o takim wyzwaniu. To oznacza, że przełamię kolejną barierę fizyczną i psychiczną, bo "pęknie tysiąc". Do tej pory najdłuższy etap był w 2009 roku, kiedy na quadzie spędziłem 21 godzin. Wsiadłem na niego o czwartej rano, a dojechałem po pierwszej w nocy. Na szczęście następny dzień był dniem odpoczynku, bo nie byłoby szans, bym się podniósł z łóżka po kilku godzinach snu. Nie przerażają mnie etapy, które trwają nawet 20 godzin. Nawet jak szybkość tego dnia nie będzie duża, to czeka nas tylko 20 godzin jazdy.



Do ilu razy będzie pan próbował wygrać Rajd Dakar?

- A w życiu do ilu razy jest sztuka? Do skutku. A ile razy pozwoliłby pan powtarzać synowi klasę, dopóki nie uznałby pan, że szkoda już czasu i powinien skończyć edukację na szóstej klasie? No do skutku. Nie ma innej odpowiedzi. Dakar to życie w pigułce i trzeba tyle razy próbować, aż się uzna, że jest się za słabym, by stanąć na starcie kolejny raz.

To inaczej - co będzie, jak się uda wygrać Rajd Dakar?

- Po każdym z osiągniętych w życiu wierzchołków okazuje się zaskakująco, że ze szczytu najlepiej widać kolejne góry do zdobycia. Jeśli stanę na najwyższym stopniu podium Dakaru, to wtedy na pewno zobaczę kolejne wyzwania lepiej niż teraz.

Tradycyjnie Dakar będzie piekielnie trudny, ale szczegółów trasy pan nie zna?

- Te już od dłuższego czas znają, oczywiście, tylko lokalni zawodnicy. Dla większości kierowców spoza Ameryki Południowej szczegóły nie są znane i zapewne dopóki nie wsiądziemy na maszyny, nie będą. Bokser bije się z rywalem przed jego widownią, piłkarze występują na boisku przeciwnika i my się trochę czujemy, jak byśmy jechali na mistrzostwa świata w Peru, gdzie stadiony są na wysokości np. 4 tys. m n.p.m... Rzeczywiście, ściany pomagają lokalnym zawodnikom i te ściany mają coraz nowe oblicza. To nie jest jednak czynnik demotywujący, a wręcz przeciwnie. Jednak oprócz takiej motywacji organizator powinien wprowadzić dodatkowe klasyfikacje, np. osobno dla rajdowców z Ameryki Południowej i spoza tego kontynentu. Bo to się zrobiły dwa osobne wyścigi.

Lokalni zawodnicy oczywiście będą faworytami. Ale byli nimi od 2010 roku, czyli od drugiego Dakaru w Ameryce Południowej. W pierwszym jeszcze nie, bo wtedy nikt nie wiedział, jak będzie. Nawet oni. Później byli coraz większymi faworytami i chyba za każdym razem było tak, że przegrywałem jedynie z nimi. A wszyscy kierowcy spoza Ameryki Południowej byli za moimi plecami. To już jest jakaś motywacja, by być najlepszym przynajmniej spośród zawodników z innych kontynentów.

Co będzie porażką?

- Porażka będzie wtedy, gdybym niczego na Dakarze się nie nauczył. Najważniejszym celem człowieka jest rozwój, a do tego właśnie potrzebne jest uczenie się. To moje fundamentalne zadanie: przełamywać własne bariery w zakresie możliwości fizjologicznych, umysłowych, technicznych, wytrzymałościowych, kondycyjnych; sięgać za horyzont, który wydaje się nam końcem świata, a wcale nim nie jest. Tym, czym ten Dakar różni się od poprzednich, to tym, że już wiem, czego chciałbym się o sobie dowiedzieć i nauczyć. Oczywiście też zależy mi, by go wygrać, i o to będę walczył. Każdy doświadczony sportowiec wie, że zwycięstwo wiąże się z przełamywaniem własnych limitów i właśnie na tym się skupia. Ja też się na tym skoncentruję i zobaczymy, na ile to wystarczy.

Wielu mogłoby się wydawać, że jazda quadem czy samochodem to nic trudnego kondycyjnie, bo po prostu wsiada się za kierownicę i jedzie. Jednak pan dużo czasu poświęca na przygotowanie fizyczne.

- Trudno mi powiedzieć, czy nawigowanie w ciężarówce wymaga kondycji fizycznej, bo pewnie też, i nie byłoby fair, gdybym powiedział, że nie potrzeba aż tak wielkiej. Jazda quadem to praca zarówno umysłowa, jak i fizyczna. I to w stosunku 50 do 50. Trzeba być znakomicie skoncentrowanym na nawigacji, a im szybciej się jedzie, tym orientacja w terenie staje się trudniejsza i łatwiej o błędy. Trzeba też być znakomicie przygotowanym kondycyjnie i bardzo zdyscyplinowanym. O szybkości przejechania etapu decydują nie tylko umiejętności techniczne czy nawigacyjne, ale także to, jak jesteśmy zregenerowani dzień po dniu. A to kwestia samodyscypliny, bo trzeba wykorzystywać każdą chwilę, by dojść do siebie.

Chyba największa krzywda, jaką zawodnik może sam sobie wyrządzić, to wystartować w ambitnych zawodach, gdy czuje, że nie jest do nich gotowy. To strasznie boli, zwłaszcza gdy rywale odjeżdżają nie dlatego, że są lepsi, szybsi czy mają lepszy sprzęt, ale dlatego, że się nieuczciwie przygotowałem. Nie wyobrażam sobie takiego uczucia, wolałbym nie wystartować, niż go doświadczyć. Przygotowuję się do Rajdu Dakar, zresztą tak samo do zawodów Pucharu Świata, solidnie, dlatego że ludzie mi ufają. Skoro zabiegam o fanów, liczę, że ci najbardziej zainteresowani będą mi kibicować, to byłoby to nieuczciwe wobec nich. Nie dotrzymałbym obietnicy, ale nie chodzi mi o wygraną, bo to jest czasem kwestia losu, tylko w tym zakresie, który w pełni zależy ode mnie. Solidny trening - co pokazuje wcześniej Robert Korzeniowski, a teraz Justyna Kowalczyk - to element uczciwości wobec kibiców. Zawodnik, który jedzie na zawody i uważa się za reprezentanta swoich kibiców, to robi to najlepiej, jak potrafi, również poprzez dobre przygotowanie.

Na quadzie pan stoi czy siedzi?

- Są dwa powody siedzenia - jeden to zmęczenie, a drugi to aerodynamika. Wszędzie tam, gdzie prędkości są maksymalne, to raczej trzeba siedzieć, niż stać, lub trochę być jak dżokej z pupą lekko uniesioną nad siedzeniem. Po to żeby nie przeszkadzać w rozwijaniu prędkości. W innych przypadkach albo się stoi, albo przykuca. To podobne do jeżdżenia na koniu, bo quad to taki współczesny koń właśnie. Podczas Dakaru tracę od 6 do 8 kg, i to nie z powodu odwodnienia, bo piję bardzo dużo. To pokazuje, jak wyczerpujący jest ten rajd.

Warunki fizyczne mają wpływ na prowadzenie maszyny?

- Idealna sylwetka, by jeździć na quadach, to powiedzmy wyrośnięty dżokej. Takie warunki z polskich zawodników ma np. Łukasz Łaskawiec. Jestem trochę za wysoki, mam za długie nogi i ręce. Zaleta jest taka, że dalej widzę. Jestem nieco nieproporcjonalny do quadów, ale podobnie mówiło się o Robercie Kubicy, który chyba był najwyższy spośród kierowców Formuły 1. Ale potencjał był w nim niesamowity.

Co pan pije podczas etapu?

- Napoje izotoniczne, nie wodę, bo wypłukuje minerały. Skład napojów dla mnie jest specjalnie dobierany. Wypijam między 12 a 20 litrów płynów w ciągu doby. Podczas etapu mam na plecach tzw. camelbag 3-, 4-litrowy. Napełniam go mniej więcej co 200 km, gdy są postoje na tankowanie paliwa. Jedna z firm produkujących napoje sprzedaje proszek, który po prostu miesza się z wodą i ten płyn zyskuje odpowiednią jakość.

Zdarza się, że nie chce się panu wstać na etap?

- Bardzo rzadko, ale skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że się nie zdarzyło. Jeśli poprzedniego dnia popełniłem jakiś koszmarny błąd, to następnego muszę się z niego otrząsnąć i wtedy wstaje mi się trudniej. Było tak na poprzednim Dakarze. To był splot wielu różnych okoliczności, w tym też mój błąd, które sprawiły, że straciłem prawie dwie godziny. Wtedy miałem kaca i ciężej się wstawało. Nie to, żeby w ogóle się nie chciało, ale jednak było trudniej się podnieść. Perspektywa dobrego wyniku oddaliła się o tysiące kilometrów, choć paradoksalnie do mety było niby bliżej. Nadzieja na to, że będzie dobrze, malała. Ale podobnie jest w życiu, jeśli popełni się błąd, to ciężej się podnieść z łóżka.

Co jest najtrudniejsze na Dakarze?

- Organizacja każdego dnia, tak by nie marnować czasu, bo go prawie zawsze nie ma. Dakar uczy dyscypliny. Nie można pozwolić sobie, by każdą czynność, jak np. mycie zębów, zakładanie soczewek czy ubieranie, wykonywać dłużej nawet o minutę, niż to konieczne. Wszystko musi być w żołnierskim tempie. Jak kiedyś słyszałem, że żołnierz od pobudki do wyjścia z pokoju ma pięć minut, to wydawało mi się to nierealne. Tymczasem da się, ale trzeba być bardzo zdyscyplinowanym. I tak właśnie jest na Dakarze.

A czego się pan obawia?

- Właściwie niczego. Jeśli miałbym szukać na siłę, to tego, że wydarzy się coś, na co nie będę miał wpływu, np. ktoś na mnie najedzie, bo nie zauważy w kurzu. Tak właśnie było w ubiegłym roku w Maroko podczas PŚ. Zawodnik jadący za mną chyba nie czytał road booka. W ogóle nie wiedziałem, że on tam może być. Jak dojechaliśmy do szykany, to nagle trafił we mnie z boku. Miałem wtedy sporo szczęścia, bo gdyby uderzył 15 cm bardziej w lewo, to pewnie byśmy tu nie rozmawiali. Tylko takich nieprzewidywalnych rzeczy się boję.

Czego uczy Dakar?

- Pokory. Nawet najwięksi faworyci nie zwyciężają. W ubiegłym roku takim był Marcos Patronelli. Jak tylko wjechaliśmy w góry, który były dla niego zupełnie nowym środowiskiem, w stosunku do którego jest przyzwyczajony, to sobie nie poradził i wycofał się z rajdu.

Czy rajd się rozwija?

- Ewoluuje. Mam nadzieję, że najbliższy etap tej ewolucji to wprowadzenie teamów fabrycznych właśnie w quadach. Siła zawodnika już nie decyduje. Ważniejsza jest siła teamów i już powstają chilijskie czy argentyńskie. Wciąż jeszcze nie ma fabrycznych. Mam nadzieję, że producenci quadów dojdą do takiego wniosku, że tak trzeba zrobić.

Jak duża ekipa jedzie z panem?

- Zabieram ze sobą kilkanaście osób. Każdy ma pełne ręce roboty i przypisane konkretne zdania.

Ile kosztują przygotowania i start w Rajdzie Dakar?

- Trudno powiedzieć dokładnie, bo trzeba by policzyć wszystkie przejechane kilometry, strumienie wylanego potu i czas, który jest przecież wartością samą w sobie. Starty w sezonie oraz odpowiednie przygotowanie może kosztować nawet milion złotych. Sam start to również niemałe kwoty. Motocyklista czy quadowiec za siebie i pojazd musi zapłacić około 15 tys. euro. Za samochody i ciężarówki płacą jeszcze więcej. Za każdy kolejny pojazd oraz członka załogi również należy wnieść opłatę licencyjną; więc im większy zespół, tym bardziej okazała kwota wpływa na konto ASO.

Na jakiej maszynie pan startuje?

- W tym roku po raz kolejny zdecydowałem się na yamahę raptor 700. Honda, którą brałem pod uwagę również w zeszłym roku, ma niewątpliwe zalety, ale przez niezależne tylne zawieszenie staje się także nieco bardziej awaryjna i nieprzewidywalna. Tymczasem raptora znamy na wylot, wiemy gdzie ma słabe strony. Będzie to niemal identyczna maszyna, jak ta sprzed roku. Co prawda testowaliśmy w Maroku drobne przeróbki w silniku, ale nie zdecydowaliśmy się ich wprowadzić, bo wymagają jeszcze testów. Podobnie jak zaprezentowany niedawno znacznie mocniejszy, nowy silnik Yamahy. Zamontowanie go na czas południowoamerykańskiej rywalizacji jest kuszącym rozwiązaniem, ale zbyt ryzykownym.

Jaką quad ma moc i na jakim paliwie jeździ?

- Raptor ma ok. 52 koni mechanicznych. Jeździ na zwyczajnym paliwie wysokooktanowym, które tankujemy w wyznaczonych punktach odcinków specjalnych oraz na zwyczajnych stacjach przy dojazdówkach. Zapas paliwa czeka na nas również na biwaku.

Co popłynęło kilka tygodni wcześniej do Buenos Aires?

- Z końcem listopada do Buenos Aires wysyłamy zawsze quada, campera oraz ciężarówkę serwisową MAN. Pakujemy wszystko, co będzie nam potem potrzebne - części, narzędzia, stół do masażu, ubranie rajdowe, a także opony - komplet na każdy dzień ścigania, co daje nam minimum 52 opony. Z części zapasowych później wysyłamy tylko silniki, który lecą do Buenos Aires. Są naszym zabezpieczeniem i ostatecznością, bo każda wymiana silnika oznacza karę. Za pierwszym razem tylko 15 minut, ale za każdym kolejnym coraz więcej.

Jakie są najważniejsze rzeczy sprawdzane przez sędziów w pojeździe?

- Podczas odbiorów administracyjnych i technicznych sprawdzane jest dosłownie wszystko. Każdy dokument i każdy kabelek w quadzie. Sędziowie mają szczegółowe instrukcje, na co zwracać największą uwagę. Czasem potrafią nawet nakazać wymianę przepalonego kabelka. Jest to zdecydowanie najtrudniejszy i najbardziej uciążliwy dzień Dakaru. Wszystko pozostałe to już czysta przyjemność.

Jak wygląda dzień podczas Dakaru?

- Zaczyna się bladym świtem, kiedy po - zwykle - tylko kilku godzinach snu przygotowujemy się do startu. Jest czas na śniadanie, napełnienie camelbaka napojem izotonicznym czy sprawdzenie zawartości kieszeni. Po etapie najwięcej czasu spędzam w camperze. W trakcie Dakaru to mój dom, w którym kąpię się, jem i przygotowuję road booka. Wcześniej, zaraz po dotarciu na biwak rozmawiam z mechanikami, którzy notują moje uwagi i przystępują do niezbędnych napraw. Musi być też czas dla osteopaty, bo bez niego szybko przegrałbym walkę z bólem. W czasie tego rajdu najcenniejszy jest czas i dlatego od lat dopracowujemy system naszej pracy i funkcjonowania na biwaku, tak by zyskać jak najwięcej cennych minut snu. Zazwyczaj jednak rajdowiec śpi podczas rajdu najwyżej pięć godzin.



Kolejny rok z rzędu powita pan nowy rok poza Polską.

- Sylwester w Argentynie, bo właśnie tam na ogół przychodzi nam witać nowy rok, to bardzo przyjemna część dakarowego wyzwania. Na ogół spędzamy go w Maciaszkowie, czyli ośrodku prowadzonym przez polskich misjonarzy. Coroczne spotkania to już tradycja i muszę przyznać, że obie strony czekają na nie z niecierpliwością przez kolejne 12 miesięcy. Jest czas na nocne Polaków rozmowy, wspomnienia, wieści znad Wisły i opowieści o życiu w Ameryce Południowej. Nie wyobrażam już sobie sylwestra w Polsce. Nawet nie wiedziałbym, gdzie powinienem go spędzić.

Czy podczas Dakaru 2015 też planowane są spotkania z Polonią?

- Spotkania z Polonią to przede wszystkim wspomniane wizyty w Maciaszkowie. Bardzo często odwiedzamy też naszych ambasadorów - nierzadko z całą rajdową reprezentacją. W tym roku mamy zaplanowane spotkanie z ambasadorem Polski w Argentynie Jackiem Bazańskim. Dojdzie do niego dzień przed startem i mam nadzieję, że odpowiednio nastroi nas przed dwutygodniową walką.

Jak widzi pan szanse innych Polaków?

- W ostatnich latach udowodniliśmy, że stanowimy wielką siłę w motosporcie. Polska ma naprawdę utalentowanych kierowców. Każdy z nas będzie starał się poprawić zeszłoroczny wynik przynajmniej o jedno miejsce. Wielkie szanse na podium ma Krzysiek Hołowczyc, i z całego serca mu tego życzę, bo zasłużył na taki wynik latami startów i zbierania doświadczeń. Wierzę, że w czołowej dziesiątce ponownie zameldują się Marek Dąbrowski z Jackiem Czachorem, a także Adam Małysz z Rafałem Martonem. To będzie na pewno trudny Dakar dla motocyklistów. Mamy aż czterech debiutantów, co oczywiście bardzo cieszy, oraz Kubę Przygońskiego, który wrócił po ciężkiej kontuzji kręgosłupa. Mam nadzieję, że zobaczę ich w komplecie na oficjalnej rampie zamykającej zmagania w Buenos Aires. Potencjał ma także duet "wagi ciężkiej" - Jarek Kazberuk i Robin Szustkowski mają wreszcie auto na miarę swoich możliwości, a uzbierali już tyle doświadczenia, że stać ich na małą niespodziankę.

Co Rafał Sonik osiągnie w Rajdzie Dakar 2015?