Sport.pl

Tomasz Drwal: Bruce Lee mówił, że kopnięcie trzeba powtórzyć tysiąc razy [WYWIAD]

- Na MMA jeszcze przyjdzie boom, bo w tej chwili ta dyscyplina jest w Polsce źle sprzedawana. Po prostu jest odbierana jako mordobicie, a nikt nie patrzy na to, co się dzieje na treningach pod kątem rekreacji. Nikt tego nie sprzedaje jako multidyscyplinę - rozmawiamy z Tomaszem Drwalem, zawodnikiem MMA z Krakowa.
Jesteś kibicem i jesteś z Krakowa? Musisz zostać fanem Facebooka Kraków - Sport.pl »

Łukasz Szpyrka: W trakcie przygotowań do walki z Mamedem Chalidowem odniósł pan poważną kontuzję. Jak się pan teraz czuje?

Tomasz Drwal: Jest już pięć tygodni po operacji. Na szczęście wszystko jest na dobrej drodze. Jeszcze miesiąc muszę poczekać ze sparingami, bo na razie nie mogę przyjmować ciosów. W styczniu będę mógł wrócić już całkowicie do zajęć. Jeśli chodzi o ćwiczenia siłowe, to wszystko mogę już robić.

Jaka była pana pierwsza myśl, gdy doszło do tej kontuzji kręgosłupa?

- Ból był taki, że jak najszybciej chciałem się go pozbyć. O niczym innym w takich momentach się nie myśli. Wyjątkowo tę kontuzję odczułem, bo do chwili operacji nie spałem przez trzy dni - byłem na mocnych lekach przeciwbólowych. Dopiero gdy powoli wybudzałem się, to zacząłem myśleć, co mi uciekło. Szkoda dla mnie, dla wielu ludzi, ale może uda się wrócić do tematu walki w przyszłym roku.

Powoli wraca pan na salę treningową. Faktycznie nie zdążyłby pan się wykurować do 6 grudnia? Albo nie było pomysłu, by galę przesunąć?

- Lekarz od razu powiedział, że nie ma szans. Wkrótce czeka mnie jeszcze tomografia i dopiero po niej tak naprawdę okaże się, kiedy będę mógł wrócić. Kontuzja była naprawdę poważna, bo nie dość, że to kręgosłup, to jeszcze jego najgorszy odcinek. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że mogę się już ruszać. Równie dobrze przy takim urazie mógłbym wypaść na rok. A przesunięcie terminu gali w Krakowie? Tak naprawdę był ponad miesiąc do walki i było już za późno. Wszystkie ustalenia zapadły wcześniej.

Już drugi raz nie dochodzi do pana pojedynku z Chalidowem. Wcześniej, w 2006 roku, też doznał pan kontuzji.

- Trzeci termin będzie już ostateczny. Musi dojść do tego pojedynku, bo już zrobiło się za głośno. Wszyscy o tym mówią i może wyjść ciekawa walka.

Jaki termin jest realny?

- Nastawiam się na przyszły rok, ale który miesiąc konkretnie? Trudno powiedzieć. Dla mnie im wcześniej, tym lepiej. Będę się tak prowadził, by być gotowym i żadnej kontuzji nie złapać. Choć wiadomo, że tego wykluczyć nie można. Działa to w dwie strony, bo równie dobrze przeciwnik może np. wsiadać do samochodu, poślizgnąć się i doznać urazu. Tego nikt nie przewidzi.

KSW 30 wchodzi w grę?

- Nie jestem w stanie w tej chwili udzielić jasnej deklaracji. To jest uwarunkowane też moimi wynikami badań w styczniu. Jeśli będzie coś nie tak, to jeszcze może się to odwlec.

Jeśli jednak faktycznie dojdzie do pana walki z Chalidowem, to prawdopodobnie już nie w Krakowie. A panu chyba bardzo zależało na tym, by spotkać się właśnie tutaj.

- Bardzo mi szkoda. Po pierwsze to Kraków - moje miejsce do życia, klub, przyjaciele. Fajna impreza na największej hali w Polsce. Sprzedali 18 tys. biletów. Gdy zaczynałem 10 lat temu, to walczyliśmy w ciemnych dyskotekach, a mówiło się, że to jakaś gangsterka. Teraz mamy okazje oglądać walki przy takiej publiczności. To daje do myślenia, że ten sport ciągle się rozwija, mimo że wciąż jest kontrowersyjny.

Federacja od lat zabiegała o podpisanie z panem kontraktu, ale się nie udawało. Pan podkreślał, że zdecydował się na walkę z Chalidowem m.in. dlatego, że miała się odbyć w Kraków Arenie.

- To był jeden z głównych czynników. Faktycznie, wcześniej długo negocjowaliśmy, a nie udawało się. Panowie teraz zrobili krok do przodu, ja także i podpisaliśmy umowę. Dochodzi kwestia jej realizacji, ale myślę, że niedługo wszystko dojdzie do skutku.

Mimo że doznałem kontuzji, kontrakt wciąż jest ważny. Bez względu na wszystko walka Drwal-Chalidow musi się odbyć. Tego wszystkiego jest już po prostu za dużo. Wszędzie gdzie pójdę, fani do mnie podchodzą i pytają: "Panie Tomku, kiedy walka z Chalidowem?". Już mam tego dość i musi dojść do tego pojedynku. Najlepiej jak najszybciej.

Czyli deklaracja jest jasna: walka Drwal-Chalidow na pewno się odbędzie?

- Musi!

Chalidow może mieć do pana pretensje, bo drugi raz nie dochodzi do tego pojedynku i może pomyśleć, że pan przed nim ucieka.

- Każdy może myśleć, co chce. Każdy może mieć wgląd w moją dokumentację lekarską. Nie mam żadnych tajemnic. Jeśli ktoś mówi, że uciekam, to nie wiem, co mam na to powiedzieć. Zrobię wszystko, żeby doszło do tej walki.

Jeśli do niej dojdzie, to kto będzie miał więcej do stracenia?

- Oczywiście Mamed. Ja jestem biednym żuczkiem z Krakowa. Gdybym nie podpisał kontraktu na tę walkę, to pewnie dalej rozbijałbym się w Europie. To Mamed jest gościem, który wygrał 18 walk z rzędu. To on jest w zasadzie nadmistrzem KSW. I dla niego niezwykle ważne jest, by to utrzymać. To tak jak z imperium - nie sztuką jest je zbudować, ale je utrzymać.

Wizerunkowo na pewno Chalidow byłby głośniejszym bohaterem tej walki. Pod względem sportowym to jednak wielu ekspertów pana widziało w roli faworyta.

- To się okaże w walce. Nie lubię wyrokować, bo raz już się poślizgnąłem w klatce. Na pewno jednak nie wejdę tam i nie dam się sprać jak mały Kaziu. Zrobię wszystko, by wygrać.

Przyjdzie pan 6 grudnia do Kraków Areny, by podpatrywać Chalidowa?

- Już mam go rozpracowanego. Wiem, jak będzie wyglądała ta walka. Jak ktoś ma swój styl, to tak będzie walczył do końca życia.

Która z innych walk, pana zdaniem, zapowiada się najciekawiej?

- Swego czasu byłem sekundantem Pawła Nastuli w Japonii. Jego walka z Mariuszem Pudzianowskim może być ciekawa, a z technicznego punktu widzenia frustrująca. Interesująco zapowiada się też starcie Borysa Mańkowskiego. Szkoda jednak, że kilku zawodników wypadło, bo nie tylko ja, ale też Michał Materla.

Karta walk straciła na wartości?

- Jest słabsza, nie ma co ukrywać. Ale myślę, że staną na wysokości zadania i publiczność będzie zadowolona.

Mariusz Pudzianowski jest przykładem zawodnika, który późno trafił do MMA. Da się w tym wieku nauczyć podstaw, by profesjonalnie walczyć?

- Zależy od człowieka. Bruce Lee powtarzał, że jedno kopnięcie trzeba powtórzyć tysiąc razy. Nie jestem zwolennikiem tysiąca, ale kilka setek trzeba zrobić na kilku setkach treningów. Dochodzi do tego technika, a ich jest mnóstwo. Każdy element, sytuację z walki trzeba wykonać setki razy. Nie da się tego zrobić w rok. Choć patrząc na Pudzianowskiego, i tak wykonał postęp. Teraz się okaże, jak to pójdzie. Nastula tak naprawdę urodził się do walki. Jedyne, o co się boję w jego przypadku, to kondycja fizyczna. Jeśli nie zabraknie mu tlenu, powinien jednak wygrać. A tak naprawdę jeden i drugi powinni powoli kończyć i ustąpić miejsca młodszym, zdrowszym. To już czas. Bo szkoda rozmieniać się na drobne. Ludzie widzą, jak się ruszają, a jak robią to młodzi. Tutaj w niektórych momentach jest już walczenie o życie. Nie jest to potrzebne.

Kto, pana zdaniem, wygra w tej walce?

- Z racji znajomości będę za Nastulą.

A w walce Chalidow-Cooper?

- Chcę walczyć z Chalidowem i dlatego wolę, by to on wygrał. Bo gdyby przegrał, to musiałbym jeszcze później pokonać Coopera. Niech Chalidow ma 19. zwycięstwo z rzędu.

Drwal w Krakowie prowadzi szkółkę MMA


Kilka dobrych lat temu podpisał pan, zdaniem niektórych, "bajeczny" kontrakt z UFC. Musi pan jeszcze walczyć w Polsce?

- Niektórzy nie wiedzą, co mówią. Nie jest tak kolorowo. Oczywiście nie mogę narzekać, bo były takie sytuacje, że ludzie jedli chleb z ketchupem, a z dnia na dzień mają 30-40 tys. dolarów, bo udał im się np. nokaut wieczoru. Ja może w takiej drastycznej sytuacji nigdy nie byłem, ale na samym początku nie jest tak łatwo. Są określone stawki, progi rankingowe, a wraz z rozwojem i wynikami wszystko rośnie. Ale krótko mówiąc - szału nie ma, nawet jak na Amerykę.

Nie można powiedzieć, że już nic nie muszę robić. Chyba nie ma takiego człowieka na świecie, tym bardziej w sporcie. Moje podejście do walki i gaży jest takie, że warto mieć zawsze alternatywne źródło dochodu. W przypadku kontuzji takiej jak teraz te pieniądze, które kiedyś zarobiłem, powoli by tajały albo musiałbym zbierać na operację. Na to wszystko trzeba być przygotowanym.

Jest pan zadowolony z występów za oceanem?

- Mogłem zrobić coś więcej. Z perspektywy czasu moje porażki brały się z błędów w przygotowaniach. Teraz już to wiem i mogę podzielić się doświadczeniem z młodszymi.

Ma pan bogatą karierę, nie czuje się pan już wypalony?

- Jest za wcześnie, by się wypalać. Już 10 lat przyglądam się temu wszystkiemu i jak się widzi te wszystkie organizacje, to można się wypalić. W profesjonalnych federacjach chce się jednak walczyć. Dla mnie najważniejsza jest przyjemność z tego, co się robi. Staram się nie przeliczać walk, gal na pieniądze, a myśleć o wyzwaniach. Wypalenie następuje wtedy, gdy nie chce się przychodzić na trening. Dlatego szukam ucieczki, np. w góry, pozwala mi to naładować się nową energią.

Ma pan dużo zajęć. Czuje się pan przede wszystkim zawodnikiem, czy już trenerem?

- W tej chwili raczej trenerem, bo nic innego nie mogę robić. Ale wciąż jestem przede wszystkim zawodnikiem i czekam, aż wrócę na matę. A szkoleniowo? Jeszcze nie czuję się mocny merytorycznie, by brać odpowiedzialność za drugą osobę. To bardzo trudne. Na razie nie chcę bawić się w trenerkę.

Ile miał pan dostać za walkę z Chalidowem?

- Nie chcę się wypowiadać na temat pieniędzy, bo niektórych może to drażnić. Jedyne, co mogę zdradzić, to tyle, że pieniądze za walkę z Chalidowem są godne i adekwatne.

A w porównaniu z UFC to duże kwoty?

- Są porównywalne. Trzeba się tylko cieszyć, że mamy w Polsce federację, która może zawodnikom na określonym poziomie zapłacić dobre pieniądze. Nie wiem jak jest z innymi, ale ja nie mogę narzekać.

Jaka jest droga dla początkujących zawodników MMA? Długo muszą czekać, by zacząć utrzymywać się z tego sportu?

- Bardzo długo, ale trzeba spojrzeć na całokształt. Nie wystarczy tylko walczyć, ale też mieć dobrego promotora. Gdy już pojawiają się walki, nie wystarczy wygrywać, ale robić to efektownie. To długa, mozolna, kręta droga, na którą trzeba długo pracować.

Nie wiem czy w Polsce jest pięciu czy dziesięciu zawodników, którzy uprawiają MMA zawodowo i z tego żyją. Każdy z nas ma dodatkowy biznes na wypadek kontuzji i dzięki temu funkcjonujemy. Z całą pewnością nie można powiedzieć, że jesteśmy jak np. piłkarze.

O KSW mówi się, że jest to raczej biznes, a nie sport.

- Bo to jest biznes. Musi być zrobiony show i tyle. Jeśli spojrzy się na igrzyska olimpijskie i inne sporty, czy to nie jest show-biznes? Jakim prawem np. golf jest na igrzyskach? Gdzie jest ten pot, gdzie jest krew? W golfie po prostu są pieniądze, ale tak jest wszędzie. Sport jest strasznie skomercjalizowany. Gdybyśmy w tej chwili mieli pieniądze i chcieli zrobić drużynę piłkarską, to udałoby się to bez problemu.

Mówi pan, że wszędzie jest podobnie, ale też powiedział pan, że z MMA utrzymuje się tylko 5-10 zawodników.

- To młody sport. Już od 10 lat przyglądam się temu w Polsce i dużo się zmienia. Gdy zaczynałem, chodziliśmy po dyskotekach, remizach, a zresztą do dzisiaj tak jest. Ale na tle takich sportów jak boks, piłka nożna czy golf jesteśmy naprawdę młodzi. Na dobrą sprawę w Stanach Zjednoczonych zaczął się w 1992 roku, a u nas jakieś 10 lat później. Pierwszą walkę miałem w 2004 roku. Doskonale pamiętam te początki. Gdy KSW robiło pierwszą galę, w restauracji Champions w hotelu Marriott w Warszawie było 200-300 osób. Teraz do Krakowa przyjdzie 18 tys. O czymś to świadczy.

Pan świetnie to pamięta, bo był prekursorem tego sportu w Polsce.

- Obijałem się po tych wszystkich imprezach. Wszystko się zmienia. Niektórzy się rozwijają, a inni stoją w miejscu. Stawki są jednak żenujące. Czasem dostaje się 500 złotych za walkę, a jest to... sam nie wiem co. 10 lat temu dostawałem więcej. Dlaczego tak się dzieje? Trudno powiedzieć. Może nieodpowiedni ludzie na nieodpowiednich miejscach? Poza tym uważam, że na MMA jeszcze przyjdzie boom, bo w tej chwili ta dyscyplina jest w Polsce źle sprzedawana. Po prostu jest odbierana jako mordobicie, a nikt nie patrzy na to, co się dzieje na treningach pod kątem rekreacji. Nikt tego nie sprzedaje jako multidyscyplinę. MMA to połączenie wielu składowych, których w innych sportach nie znajdziemy. Człowiek po kilkunastu treningach staje się wbrew pozorom bardzo sprawny. Nie nabity mięśniami. U mnie na sali są m.in. nauczycielka fizyki, lekarz, prawnik, studenci i jakoś ze sobą żyją. Wraz z innymi tworzą paczkę, jadą razem do Zakopanego na andrzejki. Dla mnie to jest budujące, a takiego wizerunku tej dyscypliny się nie sprzedaje. Są różni ludzie. Nie każdy, kto chodzi na basen, chce przegonić Otylię Jędrzejczak, nie każdy, kto kopie piłkę pod blokiem, chce zostać drugim Robertem Lewandowskim. W MMA jest podobnie.

Mimo wszystko wizerunek MMA jest jednoznaczny. Sam pan powiedział, że jest to mordobicie.

- Bo walka w klatce, gdzie dwóch zawodowców się okłada, to jest mordobicie! Nie wchodzi się tam po to, by głaskać się po facjatach, tylko by pokazać drugiemu, gdzie jest jego miejsce. Ale nie chodzi o to. Ludzie chcą się sprawdzać w różnych rzeczach. Sam zacząłem biegać i wystartowałem w maratonie, bo chciałem wiedzieć, na co mnie stać. Niektórzy przychodzą i się tym po prostu bawią. Spokojnie, przyjdzie jeszcze na to prawdziwy boom.

Przychodzą do pana szkoły rodzice, którzy chcą zapisać swoje dzieci?

- Tak, ale mamy politykę, że przyjmujemy tylko tych powyżej 15. roku życia. Bardzo żałuję, że w szkołach nie ma zajęć judo czy zapasów. Tyle co te dwie dyscypliny mają do zaoferowania dzieciom, nie ma chyba żaden inny sport. A nie trzeba dużo, wystarczy jakaś mata czy materac.

Skąd bierze się popularność tego sportu w Polsce? Nazwiska m.in. Chalidowa i Pudzianowskiego przyciągają aż tak bardzo?

- Najważniejsza jest ciekawość, a po pierwszym treningu ci ludzie wracają. Tyle potu, ile wylewają na jednych zajęciach, nie wylewają przez miesiąc na siłowni. To wciąga. Dziś młodzież zbyt szybko żyje i zbyt szybko chce chłonąć wiedzę. Nawet na sali treningowej. Z MMA jest jak ze smartfonami. Wszystko w nich jest i są przez to ciekawsze.

Inna sprawa, że młodym za szybko wydaje się, że wszystko umieją. Po trzech miesiącach myślą, że mogą już walczyć. A tak to nie działa. Problem z MMA polega też na tym, że brakuje metodyki. Czyli tego, co przed laty próbował wprowadzić Bruce Lee. Niestety, nie zdążył.

Wspomina pan o nim na swojej stronie internetowej. To był pana pierwszy idol?

- Chyba nie ma osoby w Polsce, którą pasjonują sztuki walki, a która nie wychowywałaby się na jego filmach. Mam pełno książek o nim. W jednej z nich są jego wypowiedzi i facet miał naprawdę poukładane w głowie. Poza tym gdyby nie jego gra aktorska, nie wiem czy dzisiaj byłyby sporty walki typu MMA czy kick-boxing. Dla mnie filmy z jego udziałem były już trochę odległe. Bardziej wychowałem się na Stevenie Seagalu czy Jeanie-Claudzie van Dammie. Był to na pewno czynnik motywacyjny, ale chyba wszyscy koledzy tak mieli.

Brzmi to trochę zabawnie. Faktycznie to była inspiracja do pracy?

- Oczywiście. Jak ktoś oglądał Rocky'ego i np. słynną scenę, gdzie bije zamrożone świniaki, a przy tym w tle lecą te wszystkie muzyczki, to oczywiście była motywacja, by pójść na trening. Albo schody, po których wbiegał. Gdy byłem w Stanach Zjednoczonych, też mi się to udało. Bardzo fajna sprawa.

Na stronie pisze pan też o sobie: "byłem niesfornym dzieciakiem". Co to znaczy?

- No byłem, po prostu (śmiech). Szkoła miała ze mną dużo problemów. W podstawówce były jakieś zapasy i tego typu rzeczy. Nikt nie miał na nas pomysłu i trzeba było dać upust emocjom.

JAK MMA WYSZŁO Z DYSKOTEKI

Więcej o:
Najczęściej czytane