Medalistka paraolimpiad: Szkoda pieniędzy podatników, bym jechała do Soczi

- Szkoda pieniędzy podatników, bym jechała do Soczi. Kolejnego medalu i tak już nie zdobędę. W moim przypadku trudno być matką i sportowcem - mówi pochodząca z Rabki Katarzyna Rogowiec, trzykrotna medalistka paraolimpiad w biegach narciarskich
Jarosław K. Kowal: Gdzie będzie pani oglądała igrzyska?

Katarzyna Rogowiec: Trudne pytanie. Jest specjalny kanał internetowy na stronie Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego.

Łza się w oku zakręci?

- Oczywiście. Dopiero od dwóch tygodni żyję z pełnym przekonaniem, że igrzyska nie dla mnie. Szkoda pieniędzy podatników, bym jechała. I tak nie miałabym szans na medal. Przekonałam się o tym ostatnio podczas Pucharu Świata w Finlandii.

Ponoć Joanna Mucha, gdy była ministrem sportu, zapewniała, że dostanie pani wsparcie na przygotowania.

- Rozmawiałyśmy w kwietniu 2013 r. Nie było szczegółów, tylko ogólne obietnice. Nie mogę narzekać, że coś zaniedbano, choć jest we mnie pewien żal. Gdyby wsparcie było większe, pewnie udałoby się powalczyć o medale.

Co było potrzebne?

- Karmię piersią, do tego nie mam obu rąk. Poza tym dziewięć miesięcy ciąży uniemożliwiło mi regularne przygotowania. Zrezygnowałam m.in. dlatego, że nie byłam w stanie regenerować się po pracy, którą wykonywałam. Do dziecka przecież trzeba wstawać nocą. Nie wiedziałam też, na ile mogę eksperymentować m.in. z suplementami, by córeczka nie ucierpiała. Coraz bardziej dają też o sobie znać stawy kolanowe, bo po wypadku, któremu uległam w 1980 r., było też zagrożenie utraty obu nóg.

Ktoś oferował pomoc?

- Był odzew z Polskiego Związku Sportów Niepełnosprawnych, który też dostaje fundusze z ministerstwa, ale pieniędzy zawsze jest za mało. Wydawałoby się, że asystent dla osoby niepełnosprawnej to coś oczywistego. Przepisy, owszem, dopuszczają finansowanie asystenta, ale osoby np. niedowidzącej, a nie dla kogoś bez dwóch rąk. A mnie nie stać, by kogoś wynająć. Już sama płaciłam za opiekunkę, która jeździła ze mną na obozy. Zobaczyłam jednak, że dziecko na tym cierpi. To była trudna decyzja, ale trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść.

Ma pani na koncie trzy olimpijskie medale: dwa złote i brązowy. Więcej już na pewno nie będzie?

- Już się z tym pogodziłam. Może w przyszłości jeszcze pożałuję, że mogłam osiągnąć więcej. Ale to byłoby trudne, skoro np. Ukraińcy trenują przez 300 dni w roku, wyjeżdżają na zgrupowania wysokogórskie, a my nie mamy na to szans.

Wkładacie więcej wysiłku niż pełnosprawni sportowcy?

- Trzeba wykonać tak samo ciężką pracę. Różnice się już zatarły. U nas też wszystko jest w pełni profesjonalne - od sprzętu po treningi. Kiedy jednak widzę, w jakich warunkach trenują moi koledzy i koleżanki z Norwegii, Niemiec czy Włoch, dochodzę do wniosku, że przepaść między nimi a nami jest naprawdę duża.

Mamy jakąś szansę na paraolimpijski medal?

- To mogą być pierwsze igrzyska bez medalu narciarzy biegowych. W konkurencjach zjazdowych Polacy czasami kręcą się koło podium, ale najczęściej na słabiej obsadzonych zawodach. Nie wystawimy ekipy w hokeju na wózkach ani w curlingu. Nie wiadomo, czy będzie jakiś polski snowboardzista. Nie widzę większych szans medalowych, ale wszystko może się zdarzyć.