14. Cracovia Maraton. W piątek do internetu, w niedzielę na trasę

- Od początku myślą przewodnią maratonu jest ?z historią w tle?, a ostatnia trasa była tego najlepszym dowodem. Można zobaczyć takie miejsca, do których zwykły turysta nie zawsze zajrzy - twierdzi Roman Piątek, uczestnik wszystkich edycji Cracovia Maratonu.
Facebook? » | A może Twitter? »


Rozmowa z Romanem Piątkiem, krakowskim biegaczem

Łukasz Szpyrka: Szykuje się pan do startu w 14. CM.

Roman Piątek: Z mojej perspektywy każda impreza była inna. Przez lata zmieniała się trasa, organizator czy liczba uczestników. Zmieniało się też otoczenie biegu. Pierwszy start, który utkwił mi w pamięci, to dwie pętle i kameralna atmosfera. W biegu wzięło udział ok. 700 zawodników. Później trasa przeniosła się do Nowej Huty, a teraz też jest inna. Wydaje mi się, że ubiegłoroczna była najlepsza.

Teraz Cracovia Maraton to profesjonalna impreza, w tym roku zostanie pobity rekord uczestników. Jak było na początku?

- Doskonale pamiętam pierwszą edycję. Było całkiem inaczej. Nie było medialnego rozgłosu, a i tak trochę ludzi przyszło. Zresztą sam dowiedziałem się o nim miesiąc przed startem, zupełnie przypadkiem. Mam wrażenie, że duża w tym zasługa Roberta Korzeniowskiego, który w tamtych czasach chodził wokół Rynku Głównego. Dzięki niemu ludzie zainteresowali się też biegami. Pamiętam, że to były czasy, gdy na Błoniach było niewiele osób, a trenowałem najczęściej sam. Ludzie wstydzili się biegać.

Który występ zapadł najmocniej w pamięć?

- Z 2006 roku. Uzyskałem wtedy najlepszy czas. Inaczej wspomina się biegi, w których liczy się na dobry wynik, a inaczej te, w których biegnie się dla przyjemności. Teraz już się nie ścigam.

W tym roku też będzie pan dyktował tempo i będzie tzw. pacemakerem?

- Tak, to fascynujące doświadczenie. W trakcie biegu mogę trochę poopowiadać i pokazać wszystkim, którzy są spoza Krakowa, kawał historii naszego miasta.

Na czym polega pana rola?

- Biegnę z balonem z napisem "4 godziny". Dyktuję tempo, by czas na mecie oscylował wokół tej granicy. Ci, którzy chcą uzyskać taki wynik, w trakcie biegu trzymają się blisko mnie. W tym czasie opowiadam, pokazuję zabytki, daję rady. Zawodnicy raczej nie rozmawiają ze mną, ale słuchają. Na biegu trzeba się skupić i odpowiadają "tak" lub "nie".

Przygotowuje się pan do startów czy cały czas utrzymuje formę?

- Z zawodu jestem listonoszem. W pracy muszę dużo chodzić i biegać. A w takich zawodach startuję od lat. Nie chcę nikogo obrazić, ale na tę chwilę maraton to dla mnie żaden dystans. Często biegam np. 100 czy 200 km. Nie potrzebuję dodatkowych przygotowań. W niedzielę pobiegnę w Krakowie, a tydzień później w maratonie warszawskim. Chciałbym tam osiągnąć wynik w granicach 3 godzin i 15 minut.

Co dla krakowskiego biegacza oznacza Cracovia Maraton?

- Cieszę się, że w moim mieście jest taka impreza, która się rozwija i rozrasta. Ale nie tylko ona, bo można w Krakowie biegać częściej. Mam nadzieję, że to się nie zatrzyma. Warto też, by organizatorzy takich imprez myśleli dużo o biegaczach i załatwiali im np. odżywki czy żele. To bardzo dla nich ważne.

Skąd bierze się taka popularność biegania? Wspomniał pan, że 14 lat temu wokół Błoń nikt nie trenował.

- Bieganie stało się modne. Dużo się o nim mówi i pisze. Wszystko też ma związek z mediami i rozwojem internetu. Kiedyś jechało się do Wiązownej na początek sezonu i dostawało się na kartce rozpiskę na cały rok z zaznaczonymi miejscami i datami imprez biegowych. Nie wolno było jej zgubić! A teraz? Wystarczy w piątek włączyć internet i zastanowić się, gdzie wystartować w niedzielę.

Jak długo zamierza pan startować?

- Moja ambicja jest taka, by zaliczać każdy krakowski maraton. Jak widzę jego przyszłość? Chciałbym, by już nie wiódł do Nowej Huty. Startowałem też w wielu biegach zagranicznych i zauważyłem, że mentalność mieszkańców jest inna. Gdy startowałem we Frankfurcie nad Menem, mieszkańcy od dawna wiedzieli, że będzie maraton. Ludzie wyjeżdżają albo przenoszą się do komunikacji miejskiej. Nie narzekają na korki, bo wiedzą, że impreza jest ważna. Przy trasie stoi wiele osób i dopinguje. W Krakowie tego na razie brakuje.