Strzela w Katowicach, ale wychowała go Nowa Huta. "A kiedy poznałem Nawałkę, byłem w szoku" [WYWIAD]

Grzegorz Goncerz

Grzegorz Goncerz (GRZEGORZ CELEJEWSKI)

Urodzony w Krakowie Grzegorz Goncerz z GKS-u Katowice z 14 bramkami jest liderem strzelców I ligi. - Może jest tak, że my, krakusi, na Śląsku się trzymamy i wspieramy? Kiedy trafiłem na trenera Adama Nawałkę, byłem w szoku. Stoły uginały się od odżywek, mieliśmy treningi na dobrych murawach. Szkoleniowiec miał zasadę: zawodnik musi mieć wszystko - opowiada w rozmowie z portalem krakow.sport.pl.
Jesteś kibicem i jesteś z Krakowa? Musisz zostać fanem Facebooka Kraków - Sport.pl »

- Gra w rodzinnym mieście to byłoby jednak coś. Cracovia i Wisła to dwa wielkie kluby i przyjemnie byłoby zagrać w jednym z nich - dodaje napastnik GKS-u.

Jacek Staszak: To był pana chyba najlepszy rok. Nie tylko dlatego, że urodził się panu syn, ale również pod względem sportowym.

Grzegorz Goncerz: Wiosną zostałem podstawowym piłkarzem GKS-u, a jesienią się rozstrzelałem. To nawet na mnie zrobiło wrażenie. Każda kolejna bramka mnie nakręcała. Licznik stanął na 14. Teraz wyobrażam sobie, jak strzelam kolejne. Szkoda, że w I lidze przerwa jest taka długa i trzeba czekać do marca.

Z czego wziął się ten luz w strzelaniu bramek?

- To dzięki trenerowi Kazimierzowi Moskalowi. Nie mówił tego wprost, ale czułem jego wsparcie. Gdy kończył mi się kontrakt, dzwonił i badał sytuację. Chciał wiedzieć, co jest nie tak, że nikt ze mną nie przedłuża umowy. Zrozumiałem, że jestem potrzebny i nie mogę go zawieść. Gdy przyszedł do klubu, byłem 25. piłkarzem w kadrze, a zostawił mnie jako lidera klasyfikacji strzelców. Filozofia gry, ta krakowska piłka, która mi imponuje, dały mi to, czego było trzeba.

Za trenerem Moskalem ciągnie się opinia "dobrego ojca", nawet za bardzo.

- Były momenty, że wchodził do szatni i nas rugał, ale raczej starał się wyciągać pozytywy z gry. Nie wiem, czy gralibyśmy lepiej, gdyby trener chciał nas zastraszyć. Tutaj środowisko jest takie, że ciężko się gra, gdy nie ma wyniku, na który każdy liczy. Trener Moskal fajnie do nas podchodził, wprowadzał młodych piłkarzy. Czuli, że zdejmuje z nich presję. Rozegraliśmy wiele dobrych meczów, ale mieliśmy za mało punktów i ludzie stojący z boku uznali, że w tym składzie powinniśmy mieć ich więcej. Jestem szczęśliwy, że mogłem z nim pracować, zobaczyłem, jak piłka wygląda z innej strony. Z trenerami z Krakowa mi się dobrze współpracuje, bo wcześniej byli Adam Nawałka i Wojciech Stawowy. Może my, krakusi, na Śląsku się trzymamy i wspieramy?

Wielu piłkarzy chwali sobie pracę z Moskalem, ale brakowało wyniku.

- Jestem od grania, a nie od oceniania trenera. Moskal jest młodym trenerem. Gdy skończył u nas pracę, to powiedział, że nie żałuje ani jednego dnia i ani jednego słowa wypowiedzianego w szatni. Doświadczenie, które tutaj zdobył, to potężny bagaż. W poprzednim roku dostał poparcie od kibiców, w procentach - 1964 [rok powstania GKS-u - przyp. red.], a parę miesięcy później byli pierwsi za jego zwolnieniem. W 2013 roku graliśmy w Niecieczy z Termalicą. Wygraliśmy 3:1, kibice skandowali nazwisko trenera. Schodzimy z boiska, złapałem się z nim wzrokiem. Podszedł do mnie i mówi, że zaraz będą go wyzywać i będą chcieli jego odejścia. Tacy są kibice, działają pod wpływem impulsów. Moskal to przewidział. Wiedział, że wszystko ma swój koniec. Czego mu brakuje? Każde kolejne doświadczenie pomaga trenerowi. Kiedyś złapie odpowiedni model prowadzenia zespołu i wszystko zaskoczy.

Pan na Śląsku jest już prawie 10 lat.

- Szybko ten czas leci.

Ale zaczynał pan w Nowej Hucie.

- Tam był pierwszy mój klub - Krakus. Tam trenował mój tata i zaraził mnie sportem. W wieku 12 lat miałem krótką przerwę. Każdy młody chłopak ma tak, że chce robić coś innego, niekoniecznie grać. Bez futbolu wytrzymałem dwa tygodnie. Nie chciałem jednak wracać do Krakusa. Była mocna Wisła, Cracovia i Hutnik, a mój klub od tych silniejszych dostawał po 7:0. Jestem z Nowej Huty, więc najbliżej mi było do Hutnika. Nie chodzi o sympatię, tylko logistykę. Potem się dowiedziałem, że ten klub słynął z juniorów, ma fajną bazę i mogłem dobrze trenować. Do tego bardzo chciał mnie trener Dariusz Bijak i poszedłem.

Z którego pan jest osiedla?

- Z II Pułku Lotniczego.

Pytany o Nową Hutę Alan Uryga z Wisły zawsze mówi o rywalizacji, zaciętości. Ta dzielnica to szkoła charakteru? Najlepszy przykład to chyba Marcin Wasilewski.

- Samo to, że wrócił po groźnej kontuzji, pokazuje, jak silny ma charakter. Tacy są piłkarze z Huty. Ci, którzy stąd wychodzą, nigdy się Hutnika nie wyprą. Czy to Darek Kołodziej, Marcin Makuch, Marcin Wasilewski czy Michał Pazdan, wszyscy chwalą sobie, że są wychowankami tego klubu. Nawet jeśli Hutnik gra teraz tylko w III lidze i nie ma perspektyw na więcej, to sentyment pozostanie. Żaden z nas, może poza Wasilewskim, nie jest tak zamożny, by pomóc Hutnikowi, ale chciałbym, by było lepiej. Zawsze na osiedlu mnie pytali, gdzie gram i za kim jestem. Mówiłem, że za Hutnikiem, a nikt tego nie traktował poważnie. Mieliśmy kilku reprezentantów w drużynach młodzieżowych i byliśmy silnym zespołem. Wisła ściągała kadrowiczów, wtedy miała mocny rocznik z Patrykiem Małeckim na czele, a my wygrywaliśmy z nimi i ranga Hutnika rosła. Znaliśmy się też z reprezentacji, więc zawsze rywalizowaliśmy.





Zamieścił pan na Twitterze zdjęcie stadionu Hutnika, a Tomasz Hajto pisał, że chciał dzieciom pokazać, skąd wyszedł w świat.

- To w nas siedzi. Każdy się gdzieś wychował. U mnie były to blokowiska i ławka. Gdybym nie był piłkarzem, to teraz pewnie siedziałbym z kolegami na niej i pił piwo. Tak by się to skończyło, bo tak to wygląda w Nowej Hucie. Jestem szczęśliwy, że sport dał mi dużo, ale absolutnie nie uciekam od tego, co dzieje się tam teraz. Tam są moi koledzy i nigdy nie powiem, że stamtąd nie jestem. Nowa Huta mnie wychowała, a Hutnik wypromował do dużej piłki.

Wspomniał pan Patryka Małeckiego. W jego i pana roczniku był też Łukasz Burliga. Obaj gdzieś pobłądzili.

- Łukasza nie znam, mijaliśmy się tylko na meczach. O jego problemach wiem z gazet. Daje sobie radę z potwornym nałogiem. Ożenił się, urodziła mu się córka, przeprowadził się do Myślenic. Jego życie się stabilizuje. Gra w bardzo dobrym klubie, trener w niego uwierzył i wychodzi na prostą. Jeśli go coś takiego nie złamało, to na pewno nie zrobią tego wydarzenia boiskowe. On i Kamil Grosicki doświadczyli upokorzeń, a teraz żyją spokojnie. Ciężko, by cokolwiek ich teraz złamało.

A Małecki? On chyba z tej złej drogi nie zszedł.

- Z Patrykiem mam lepszy kontakt, graliśmy razem w kadrze. Teraz błądzi. Kto wie, czy w powrocie nie pomoże mu ta kontuzja. Zerwane więzadła krzyżowe to pół roku przerwy. Może teraz do wszystkiego dojdzie sam, przemyśli? Z doświadczenia wiem, że taka przerwa od grania, paromiesięczny rozbrat z piłką zmienia spojrzenie na wszystko. Bywały takie rundy, gdy prosiłem, by granie się skończyło. Byłem zmęczony, nie było radości z piłki. Przyszedł taki moment, gdy rozwaliłem sobie nogę i miałem pół roku przerwy. Po chwili przyszła myśl: chciałeś, by to się skończyło, a teraz prosisz o powrót. To porządkuje głowę. Nigdy już nie pomyślę, by runda się szybciej kończyła. Może Patryk zobaczy, że coś mu zabrano, coś najważniejszego w życiu, i jeszcze będzie grał na miarę możliwości, bo umówmy się - ma ogromne.

Mówi pan, że czasem piłkarzom odechciewa się grać. To zmęczenie psychiczne?

- Coś w tym jest. Wiemy, jaka jest sytuacja w Katowicach. Zdarzali się wielcy sponsorzy, transfery, walka o awans. Parcie na sukces, a przegrywaliśmy już w pierwszych kolejkach. I tak teraz jest nieźle - szóste miejsce. Powiedziałem przed rundą, że trzeba zrobić wszystko, by już w sierpniu nie walczyć o utrzymanie. Bo bywało tak, że po 10 meczach mieliśmy dwa, cztery czy siedem punktów. W ostatnim dniu okienka przychodziło kilku piłkarzy, by klub się utrzymał. Zmęczenie się pojawia, bo oczekiwania są wyższe. Każdy chce grać na nowych stadionach, świetnych murawach, być w tej telewizji. A tutaj do ostatniej kolejki walka o utrzymanie. To frustrujące.

Są tacy, którzy tego nie wytrzymują?

- Byli tu piłkarze, wydawałoby się - nie do złamania. Coś jest w tych Katowicach. Nie ma szarości, albo jesteśmy wielcy i o nas śpiewają, albo beznadziejni. Pół roku temu kazali oddawać koszulki. Powstała lista piłkarzy, którzy mieli odejść. Mieliśmy zakaz wychodzenia na miasto. Nie ma spokoju, wciąż tylko frustracja kibiców. Wiemy, że chcieliby jechać na Legię czy Wisłę, a muszą na, z całym szacunkiem, Bytovię czy gdzieś indziej. Każdego to boli. Przez lata widać, że brakuje spokoju. Każdy działa pod wpływem emocji, a to paraliżuje. Wychodzimy na mecz w Świnoujściu i słyszymy, że jeśli nie wygramy, to mamy wracać z kibicami pociągiem albo zobaczymy się na stadionie. To nie pomaga. Każdy wie, że tu jest specyficznie. Z drugiej strony można to obrócić na swoją korzyść. Jeśli jest wynik, to atmosfera się poprawia i naprawdę czuć wsparcie. Tak było, gdy graliśmy z GKS-em Tychy. Kibice się spięli, ale żeby tak dopingowali zawsze, to musimy być wyżej niż na szóstym miejscu.

Te 10 lat na Śląsku na pewno przyniosło sporo przemyśleń. Dlaczego w tym regionie tak trudno o stabilne kluby?

- Animozje są zbyt wielkie - czy to kibiców, czy działaczy. Każdemu się wydaje, że jego klub jest najważniejszy i największy. Każdy by chciał ekstraklasy. Jest też trochę przesyt piłki na Śląsku. Jedziesz jedną drogą, miniesz cztery miasta i obskoczysz cztery mecze na każdym szczeblu rozgrywek. Sosnowiec, Katowice, Bytom, Tychy, Chorzów, Zabrze - każde z tych miast chce ekstraklasy. To trzeba wyciszyć, zbudować mocne fundamenty i z tego powstaje klub. Wreszcie w GKS-ie to się ustabilizowało. Za klubem najlepszy rok, odkąd tu jestem, pod względem finansowym. Na boisku było nieźle, ale daleko od oczekiwań, ale jeśli w Polskę pójdzie wieść, że Katowice stają na nogi, to coraz lepsi piłkarze tu trafią. I GKS będzie się bił o ekstraklasę. Ale wszystko musi zaskoczyć - my musimy dobrze grać, kibice nas wspierać, a w klubie musi być stabilnie.

Adam Nawałka do Katowic przyszedł ratować karierę, a teraz to selekcjoner kadry.

- Mnie jeszcze nie było w klubie, gdy trener przyszedł do GKS-u. Pojawiłem się w kolejnym okienku. Nie płacono, więc odeszło wielu doświadczonych piłkarzy. Zamiast nich ściągnięto młodych. Adrian Napierała mówił, że w Jagiellonii Białystok Nawałka miał warsztat, podchodził profesjonalnie, potrafił do drugiej w nocy siedzieć nad analizą, ale czegoś zabrakło i nie wyszło. Podobnie w Zagłębiu Lubin. Potem został asystentem u Leo Beenhakkera i to zmieniło mu postrzeganie wielu spraw. Mówili mi, że do GKS-u się nie idzie, to drużyna w dole tabeli. Pewny spadek. Chciałem się od kogoś uczyć, więc jednak do tych Katowic poszedłem. I tak trafiłem na Nawałkę. Byłem w szoku. Stoły uginały się od odżywek, mieliśmy treningi na dobrych murawach. Szkoleniowiec miał zasadę: zawodnik musi mieć wszystko - trening, odżywki, dietę. Jeśli to jest, to można od piłkarza wymagać. To przyniosło sukces, bo się utrzymaliśmy, ale najważniejsza i tak była ciężka praca. Do klubu przychodziliśmy o ósmej rano, a wychodziliśmy wieczorem. Były dwa treningi, do tego analiza. Rygor, dyscyplina, każdy chodził jak w zegarku. Trener Nawałka mówił, że trzeba się stosować do jego zasad, bo tak można utrzymać GKS w lidze. Jeśli komuś się nie podoba, to może odejść. Trener to uszanuje i nie będzie miał pretensji. Ukształtował wielu chłopaków, wzmocnił ich charaktery. Zorientowaliśmy się, że mozolna i ciężka praca wydaje owoce. Utrzymaliśmy się bez baraży. Pamiętam, jaka była atmosfera na koniec sezonu, bawiliśmy się na mieście, a kibice nam stawiali.

Dlatego nie dziwią chyba pana te wyniki kadry narodowej Nawałki?

- Absolutnie nie. Od razu po nominacji powiedziałem, że jeśli jemu się nie uda, to już nikomu. On potrafi analizować, a do tego scala grupę. U nas zawsze była atmosfera, a wyniki jeszcze ją poprawiały. Wiadomo, że w kadrze jest inaczej niż w klubie. Była taka sytuacja, że Tomek Hołota kupił nowe buty i go obtarły. Trener popatrzył i powiedział, że trzeba pisać do firmy, że trzeba zmienić model. Kto by mógł pomyśleć, że 18-letni chłopak napisze coś takiego? Wydawało się to pół żartem, pół serio, ale teraz wiem, że mówił poważnie. Dla niego obojętnie, w jakiej klasie rozgrywkowej, ale piłkarz musi mieć wszystko, co najlepsze. Kiedyś remontowano u nas boiska i musieliśmy trenować na sztucznej murawie, Nawałka kazał asystentowi zraszać boisko, by jak najbardziej przypominało naturalną trawę.

Kolejny krakus to Stawowy. Podobno pierwsze, co zrobił po przyjściu do GKS-u, to powiesił w szatni krzyż.

- A zaraz za tym krzyżem weszło kilku doświadczonych piłkarzy. To była plejada gwiazd jak na katowickie warunki: Tomek Sokołowski, Bartosz Karwan, Wojtek Szala. Zawodnicy na dobrym poziomie ligowym. Trener powiedział, że jest religijny i u niego będzie krzyż. Nie wszyscy się musieli modlić, ale on tak i do tego z każdym będzie się witać i żegnać przy treningu. Grzecznie po pierwszym treningu poszliśmy do jego gabinetu i mówiliśmy do widzenia. Tłumaczył to tym, że jeśli chce coś komuś przekazać, to od razu może to zrobić i nie musi nigdzie dzwonić czy chodzić. Nie miałem z tym problemu, ale byli tacy zawodnicy, którzy się temu sprzeciwiali. Przeszkadzało to niektórym, zwłaszcza starszym, by stać w kółku, modlić się, a potem żegnać z trenerem.

W Katowicach też zaszczepiał wam krakowską piłkę w ekstremalnym wydaniu?

- Tak, choć na początku nie wierzyłem, że można tak grać w I lidze. Mieliśmy krótkie zgrupowanie i trener z każdym rozmawiał. Mówiłem mu, że ciężko będzie, bo w I lidze rywale kopią po nogach, a my mamy klepać. Powiedział, że da się i tego będzie wymagał. Mieliśmy zmienić myślenie i grać w piłkę, no i to robiliśmy. W GKS-ie mieli ogromne zastrzeżenia do pracy Stawowego, ale z mojej perspektywy to u niego miałem największą przyjemność z grania. Długo byliśmy przy piłce i pozwalaliśmy sobie na zagrania, o których w życiu bym nie powiedział, że zrobię. Niestety, nie było wyniku, a do tego trener odszedł w atmosferze skandalu. Gdzieś pojawiły się taczki, na których miano go wywieźć. To była przesada. Celem było utrzymanie i to się udało na cztery kolejki przed końcem, ale po raz kolejny była presja trybun. Prezesi nie wytrzymali ciśnienia i pożegnali Stawowego. Byli tutaj różni trenerzy - młodsi, starsi, podobnie jak piłkarze, a wynik cały czas jest ten sam. Może to nie tutaj leży problem?

Zaraz po zakończeniu rundy mówiło się o zainteresowaniu panem ze strony Cracovii i GKS-u Bełchatów.

- Coś tam się dzieje. Jeśli klub będzie o mnie zabiegał, zapłaci GKS, to mogę być z tej oferty zadowolony. Nie będę na siłę szedł do ekstraklasy, by siedzieć i patrzeć z trybun. Nic na siłę, nikt mnie stąd nie wyrzuca. Jeśli nie teraz, to może później. Najlepiej w ekstraklasie zagrać z GKS-em Katowice. Zobaczymy, nie napalam się, nie tupię nogami, nie łapię za telefon. Damy sobie czas, ustalimy granicę, bo będę chciał się przygotować do nowej rundy. Trzeba udowodnić parę rzeczy, bo już słyszałem, że Goncerz to piłkarz jednej rundy i teraz nic nie strzelę. Teraz tylko myślę o tym, by znowu pokonywać bramkarzy.

Jak było to z zainteresowaniem Cracovii?

- Byłem blisko kilka razy. Gdy przechodziłem z Hutnika, to już się ten temat pojawił. Potem trener Stawowy mnie chciał. Wiem, że Robert Podoliński był na naszym meczu, ale czy akurat oglądał mnie, to nie wiem. Gra w rodzinnym mieście to byłoby jednak coś. Cracovia i Wisła to dwa wielkie kluby i przyjemnie byłoby zagrać w jednym z nich. Byłbym tym zainteresowany, ale na razie nic się nie wydarzyło i nie zastanawiam się nad tym.

Grał pan z Denissem Rakelsem w GKS-ie. To piłkarz, o którym najczęściej się mówiło w kontekście problemów pozaboiskowych.

- W Zagłębiu Lubin, również specyficznym miejscu, obwiniano go o wszystko. Wyciągano, ile zarabia. Tak naprawdę nie dostał tam szansy, całej rundy na pokazanie możliwości. Wchodził na ogony i nie strzelał. Przeszedł do Cracovii i tam nie grał na początku, bo podobno to był transfer dyrektora Piotra Burlikowskiego i dlatego trener Stawowy go nie wystawiał. U Podolińskiego gra dużo więcej, strzela, ludzie zaczęli w końcu patrzeć na grę Rakelsa. W Lubinie zrobili z niego alkoholika i dużo dopowiedzieli. Trudno grać w takich warunkach.

W GKS-ie grał pan z piłkarzami, którzy teraz mają niezłą pozycję w ekstraklasie jak np. Tomasz Hołota czy Dominik Sadzawicki.

- Jeszcze Mateusz Zachara czy Damian Chmiel. Co muszę zrobić? Dostać szansę. Wszyscy na I ligę patrzą z przymrużeniem oka. Na niewielu te bramki robią wrażenie. Mówi się o dużym przeskoku, ale Hołota twierdzi, że aż takiej wielkiej różnicy nie ma. Nawet niektórzy uważają, że w I lidze jest ciężej, wszystko się kotłuje, a w ekstraklasie jest większa kultura gry i bardziej liczą się umiejętności. Sadzawicki nie grał u trenera Moskala, występował w IV-ligowych rezerwach. Mówiło się, że brakuje mu wrzutki, techniki. Przeszedł do Górnika Zabrze, miał szczęście, załapał się do pierwszego składu i nie mówi się o jego wadach. Teraz zauważa się, że jest wydolny, podłącza do ataku i scala defensywę. Jeśli patrzy się na to, co kto potrafi, a nie z czym sobie nie radzi, to wyłania się inny obraz. Kibicuję mu. Mam nadzieję, że zagra kolejną dobrą rundę i przejdzie wyżej. Jak Paweł Olkowski do Bundesligi.

On mówił, że odkąd się dowiedział o zainteresowaniu ze strony Kolonii, to uczył się języka. To efekt szkoły Nawałki?

- Tak, a także wpływ agencji menedżerskiej, mamy tę samą. Kazali też Michałowi Chrapkowi uczyć się języka włoskiego, bo to pomaga i idzie mu tam coraz lepiej. Potrzebne są odpowiednie osoby, by kierować karierą. Konrad Gołoś mówi jako starszy kolega. Wie, jak to wygląda w szatniach i co może pomóc. Jest nacisk na siłownię i dietetykę. Piłkarz ma poświęcić czas na coś więcej niż tylko przyjazd na trening. Trzeba być wcześniej, porozciągać się, wymasować, a przed i po dobrze zjeść. To trzeba robić codziennie, nie tylko na zgrupowaniach.

Jest pan bardzo na bieżąco z informacjami piłkarskimi. Skąd to się wzięło?

- Gdzieś tym wszystkim żyję, czytam newsy z Krakowa czy Śląska. Założyłem też Twittera, obserwuję wielu dziennikarzy. Choć mam już wypracowany model pracy, to jeśli pojawia się jakaś nowinka czy ciekawostka, to z tego korzystam. Trzeba wyciągać wnioski z błędów innych. Też je robiłem, a już nie mam czasu na kolejne. Muszę tak prowadzić karierę, by nie stracić ani jednego dnia. Wyjechałem 10 lat temu, za 10 lat już nie będę grał. Czas leci szybko, a chcę coś osiągnąć. Najlepsze rundy wciąż przede mną.

SMUDA: EMERYTURA? POMYŚLĘ PO AWANSIE DO LM [WYWIAD]


Komentarze (1)
Strzela w Katowicach, ale wychowała go Nowa Huta. "A kiedy poznałem Nawałkę, byłem w szoku" [WYWIAD]
Zaloguj się
  • vookie

    Oceniono 7 razy 3

    " Zrozumiałem, że jestem potrzebny i nie mogę go zawieźć."
    Dokąd nie mógł go zawieźć?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Ekstraklasa 2015/16

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Legia Warszawa 37 43 70-32 21 10 6
2 Piast Gliwice 37 40 60-45 20 9 8
3 Zagłębie Lubin 37 38 55-42 17 9 11
4 Cracovia Kraków 37 36 66-50 16 10 11
5 Lechia Gdańsk 37 32 53-44 14 10 13
6 Pogoń Szczecin 37 30 43-43 12 17 8
7 Lech Poznań 37 27 42-47 14 6 17
8 Ruch Chorzów 37 21 40-60 11 8 18
9 Wisła Kraków 37 32 61-45 12 15 10
10 Śląsk Wrocław 37 31 41-46 12 12 13
11 Jagiellonia Białystok 37 28 46-62 13 6 18
12 Korona Kielce 37 27 39-45 10 15 12
13 Termalica Nieciecza 37 26 39-50 10 12 15
14 Górnik Łęczna 37 24 40-53 10 9 18
15 Górnik Zabrze 37 23 38-51 6 18 13
16 Podbeskidzie 37 20 45-63 9 12 16

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa