KSW 29. Chalidow pokonał Coopera, Pudzianowski zakończył karierę Nastuli

W walce wieczoru 29. gali KSW w Kraków Arenie Mamed Chalidow pokonał na punkty Bretta Coopera. Amerykanin okazał się rywalem trudniejszym, niż przewidywano, ale polski zawodnik walczył z kontuzją kręgosłupa. W starciu, które do czerwoności rozgrzało widzów, Mariusz Pudzianowski pokonał mistrza olimpijskiego Pawła Nastulę
Chalidow, największa gwiazda KSW, pierwotnie miał walczyć z krakowianinem Tomaszem Drwalem, pierwszym Polakiem w historii UFC. Federacja od lat zabiegała o skonfrontowanie obu największych polskich zawodników, ale w walce przeszkodziła kontuzja Drwala. Konieczna okazała się zmiana rywala. Wybór padł na Amerykanina Bretta Coopera, który ma bogate doświadczenie. Jak się okazało, także duże umiejętności; Cooper pokazał w Kraków Arenie dobrą walkę.

Takiego obrotu sprawy w czyżyńskiej hali na pewno nikt się nie spodziewał. Chalidow był przyzwyczajony do szybkiego kończenia pojedynków przed czasem, a Cooper niespodziewanie bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę.

Pierwsza runda zaczęła się po myśli pochodzącego z Czeczenii zawodnika. Próbował założyć rywalowi dźwignię na nogę, później trafił go kolanem w szczękę, ale dla Amerykanina to było za mało. Cooper ustawiał przeciwnika prawymi prostymi i przez pewien czas dominował w tym pojedynku. Jeden z jego ciosów trafił w szczękę Chalidowa i zawodnika od lat walczącego w Polsce uratował tylko gong.

Mamed niepewny werdyktu

Kolejne dwie rundy były toczone już na wolniejszych obrotach. Publiczność w Kraków Arenie starała się dodać otuchy swojemu idolowi i skandowała "Mamed, Mamed", ale tempo walki nie rosło.

O ostatecznym wyniku musiał zdecydować werdykt sędziów, a co zaskakujące, Chalidow nie mógł być go pewny. Decyzja była jednak jednogłośna i ulubieniec krakowskiej publiczności świętował 19. zwycięstwo z rzędu.

Inna sprawa, że w tym pojedynku to nie był ten sam Chalidow. Był wolniejszy, mniej pomysłowy, ale jak się okazało, walczył z kontuzją. Od dłuższego czasu zmaga się bowiem z urazem kręgosłupa, a w sobotę wyszedł do klatki tylko na własną prośbę. Jego gorszą dyspozycję było widać gołym okiem.

Pożegnanie

Wcześniej do ringu weszli Pudzianowski z Nastulą. Już przed tym starciem Nastula ogłosił, że bez względu na wynik kończy zawodową karierę. Dla 44-letniego zawodnika miała to być więc pożegnalna walka w Kraków Arenie. Mistrz olimpijski z Atlanty w judo zakończył tym samym ponad 20-letnią obecność na matach sportów walki.

Pudzianowski natomiast zapowiedział, że też zbyt długo nie powalczy. Chce być obecny na zawodowych arenach do 40. roku życia, czyli jeszcze przez trzy lata.

W klatce po obu zawodnikach nie było widać wieku. Bardzo aktywni, świetnie wyszkoleni technicznie, raz po raz zmieniali losy pojedynku. Zdecydowanie lepiej niż w poprzednich walkach wyglądał Pudzianowski, który wyraźnie przeważał kondycyjnie. Nastula umiejętnie się jednak bronił i wykorzystywał doświadczenie wyniesione z judo.

Pudzian do Nastuli: Byłeś i będziesz mistrzem

Pojedynek był zakontraktowany na dwie rundy, ale w tym czasie nie było możliwe rozstrzygnięcie. Sędziowie orzekli remis i konieczna była dogrywka.

W niej lepiej wyglądał były strongman. - Dla mnie zawsze byłeś, jesteś i będziesz mistrzem. Pokłony dla ciebie - powiedział po walce Pudzianowski, który ostatecznie wygrał na punkty.

Nastula w dogrywce słaniał się na nogach, a Pudzianowski skrzętnie to wykorzystywał i kilka razy sprowadził go do parteru. Po walce mistrz olimpijski z Atlanty dostał od publiczności w Kraków Arenie owację na stojąco, a w dodatku skandowali jego nazwisko.

Do kamery Polsatu kompletnie zmęczony i siedzący na macie Nastula wykrztusił z siebie tylko: - Mówiłem, że będzie to moja ostatnia walka. Nie wyszło. Nie mam siły mówić.

Zawada wytrzymał półtorej minuty

Borys Mańkowski pokonał Dawida Zawadę w jednej z walk wieczoru w Kraków Arenie. Niemiec z polskimi korzeniami poddał się, a Polak zatrzymał pas.

Obaj dosłownie w ostatniej chwili dowiedzieli się, że mają walczyć na KSW 29 w Kraków Arenie. Mańkowski bronił mistrzowskiego pasa (jest najmłodszym mistrzem w historii federacji), a dla Zawady miał to być pojedynek życia, bo nigdy wcześniej nie mierzył się z rywalem takiej rangi.

Niemiec z polskimi korzeniami jako ostatni ze wszystkich bohaterów sobotniej gali przyjechał pod Wawel. Jak tłumaczyli organizatorzy, zatrzymała go... mgła. Do pojedynku miał być za to lepiej przygotowany.

Faworytem tego starcia był Mańkowski. Choć obaj są bardzo młodzi (Polak ma 25 lat, Niemiec - 24), to doświadczenie było po stronie zawodnika z Poznania. Początek walki potwierdził przewidywania ekspertów.

Tylko ponad minutę trwał ten pojedynek. Polak natychmiast sprowadził Niemca do parteru, a tam błyskawicznie zrealizował swój plan taktyczny. Mańkowski zastosował duszenie trójkątne, a po kilku sekundach Zawada odklepał. 16. zwycięstwo w karierze zanotował Polak, który był zdecydowanie lepszy. Mańkowski dzięki temu zwycięstwu utrzymał pas Federacji KSW.

Środkowe palce

W pierwszej walce gali Artur Sowiński wygrał niejednogłośną decyzją sędziów na punkty z Vaso Bakoceviciem. Czarnogórzec nie mógł pogodzić się z porażką i po pojedynku pokazał sędziom środkowy palec.

W starciu młodości z doświadczeniem Mateusz Gamrot pokonał Łukasza Chlewickiego na punkty. W trzecim pojedynku Tomasz Narkun bezdyskusyjnie przegrał z Goranem Reljiciem. Dwóch sędziów punktowało na korzyść Chorwata, a jeden orzekł remis.

Kibice wiele spodziewali się po starciu Jaya Silvy z Piotrem Strusem. Angolijczyk z amerykańskim paszportem już podczas oficjalnego ważenia potwierdził, że do najpokorniejszych nie należy. Pokazał Polakowi środkowy palec i wyraźnie go lekceważył.

Tak samo wyglądał początek sobotniej walki. Silva szeroko rozkładał ręce i zapraszał Strusa do ataku. Polak był aktywniejszy, zadawał więcej ciosów, ale te nie robiły wrażenia na gwieździe KSW.

Silva wciąż się bawił i lekceważył rywala, a Strus nic sobie z tego nie robił. Punktował, próbował ataku i z chłodną głową rozgrywał ten pojedynek. Był zdecydowanie lepiej przygotowany taktycznie, a jego rywal zachowywał się jak dziecko. Śmiał się, mówił coś pod nosem, rozkładał ręce. Zabrzmiał ostatni gong, a werdykt sędziów był zaskakujący - remis.

Po walce do klatki wszedł Aziz Karaoglu i wyzwał na pojedynek Silvę.

JAK MMA WYSZŁO Z DYSKOTEKI