Amerykański sen Mariusza Wacha - z odrapanej salki w Nowej Hucie do walki o pas mistrza świata

Podobno nigdy nie udało się powalić Wacha. W młodości nie ugięły mu się nogi podczas treningów w odrapanej hali Hutnika i na osiedlu pod budką z kurczakami. W sobotę (relacja Z Czuba i na żywo w Sport.pl od godz. 23) na prestiżowej gali w Hamburgu dwumetrowy krakowianin będzie odpierał ciosy słynnego Ukraińca Władimira Kliczki.
Już kilka tygodni temu wszystko było przygotowane. Ryszard Wach, ojciec Mariusza, co chwilę odbierał telefon, czy u niego można zapisać się na wyjazd. Zarezerwował autobus, który 10 listopada miał zawieźć znajomych i dalszą rodzinę do Hamburga. W sumie kilkadziesiąt osób. Tyle że bilety rozeszły się na pniu i będzie ich tylko garstka. - Niech pan patrzy, mam rozładowany telefon, bo ciągle dzwonią i pytają, czy załatwię wejściówkę na walkę syna - opowiada Wach senior.

Twardziele z Nowej Huty

Ptaszyckiego 4, hala Wandy, vis-á-vis stadionu Hutnika. Trening szkółki bokserskiej Tomex, która działa tu od 2009 r. Do sali gimnastycznej wbiega kilku chłopaków w koszulkach z napisem "Wach boxing team". - Gdyby nie my, w Nowej Hucie w ogóle boksu by już nie było. Są jakieś komercyjne miejsca, gdzie za karnet płaci się 200 zł, ale tam niczego nie nauczą. A wiadomo, dzielnica taka, że trzeba mieć silną rękę - mówi Marcin Wyka, który przed laty trenował z Wachem w Hutniku, a teraz wspólnie z nim prowadzi szkółkę przy Ptaszyckiego.

Remontu tu nie było od dawna. Na odrapanych ścianach wiszą plakaty zapowiadające gale bokserskie. Głównie z udziałem Wacha, ale nie tylko. Niemal na środku sali w parkiecie jest spora wyrwa. Sala za nic nie nadawałaby się na lekcję wuefu w szkole podstawowej i tym bardziej nie przypomina miejsca, w którym lekcje daje pretendent do tytułu mistrza świata.

Niektórzy zapisują się przede wszystkim po to, by poznać Wacha. Ten jednak kilka lat temu przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych i rodzinne strony odwiedza parę razy w roku. Siłą rzeczy w szkółce pokazuje się rzadko, ale kiedy już jest w Krakowie, osobiście prowadzi treningi. - Oczywiście, że nazwisko Mariusza przyciąga. Przychodzą tu jednak czasami twardziele, którzy myślą, że boks to zwykła bijatyka. A tu trzeba dużo biegać, ostro trenować, więc po miesiącu zgłaszają, że ich coś boli i szybko się wykruszają - przyznaje Wyka.

Nie wszystko załatwiał pięściami

Krupnicza 3, dziekanat Wyższej Szkoły Bezpieczeństwa Publicznego i Indywidualnego "Apeiron". W połowie października podczas inauguracji roku akademickiego wyemitowano krótki film, w którym Wach tłumaczył, dlaczego warto tu studiować.

Sam jest na trzecim roku i w przyszłym semestrze będzie bronił pracy licencjackiej. Pisze o korupcji i niegodziwościach w sporcie. Pierwszy rozdział oddał przed czasem, by móc w spokoju przygotowywać się do walki z Kliczką. - Obłożył się książkami i do jednego rozdziału wykorzystał tyle pozycji, ile wystarczyłoby mu do całej pracy - chwali go dr Juliusz Piwowarski, promotor boksera i jednocześnie rektor uczelni. - Generalnie założenie jest takie, by pokazać, że droga wojownika powinna być szlachetna, że nie wszystko powinno się załatwiać pięściami. Sam wybrał ten temat - dodaje.

Podobno w młodości pięści jako argumentów rzadko używał. Za nic nie przypominał Andrzeja Gołoty, o którego bójkach na ulicy mówiło się równie często co o walkach na ringu. Przynajmniej tak twierdzą znajomi Wacha. - W kaszę nie dał sobie dmuchać, ale ciężko go było zdenerwować, nie był typem zakapiora. Po alkohol często nie sięgał i był dość zdyscyplinowany - wspomina Stefan Skałka, jeden z pierwszych trenerów Wacha z Hutnika.

Artur T. Kowalski, prezes Małopolskiego Związku Bokserskiego: - Zawsze był grzeczny. Czasami sprawiał wrażenie wręcz flegmatyka.

Stanisław Libront, były trener z Hutnika: - Kiedyś słyszałem, że była jakaś zawierucha na dyskotece i - jakby to powiedzieć - Mariusz nie dał się zbić. Ale problemów wychowawczych naprawdę nie było.

Marcin Wyka: - Bo to spokojny chłopak. Poza tym straszył samą posturą. Kto by tam chciał startować do takiego byka.

Tadeusz Grabowski, kolega, który m.in. przekonał go do studiowania: - Mariusz zawsze był najwyższy, ale jakoś tak czasem był wręcz niezauważalny. Nie pchał się na świecznik. Niech pan przejdzie się po Nowej Hucie. Połowa mieszkańców w ogóle go nie będzie kojarzyła, a druga połowa będzie mówić o nim w samych superlatywach. Nikt złego słowa nie powie.

Dr Piwowarski, rektor: - Gwiazdorstwa nigdy w nim nie zauważyłem. Normalnie uczestniczył w zajęciach uczelnianych, zgrupowaniach z innymi i nie dawał poznać, że jest mistrzem. To nie potulność, raczej klasa. Jest normalnym studentem i każdy w bufecie może z nim wypić kawę i porozmawiać. Czy to maskotka naszej uczelni? Biorąc pod uwagę jego posturę, to chyba nie najlepsze określenie. Wizytówka na pewno.

Numer buta: 52

33-letni dziś Mariusz Wach zaczynał od kick boxingu. Jak twierdzi jego ojciec, zapisał się po to, by... leczyć kompleksy. - Ale wiedziałem, że z tego chleba nie będzie - wspomina Ryszard Wach. Syn był oczywiście najwyższy, więc zawsze stał w ostatnim rzędzie i podobno ledwo słyszał polecenia instruktora. Kiedy trafił do bokserskiej szkółki Hutnika, miał już 19 lat. Jak na pierwsze kroki na ringu bardzo dużo.

W dodatku kłopotów nie brakowało, nie tylko związanych z boksem. - Mieliśmy jeszcze gorsze warunki niż dziś chłopaki z naszej szkółki - wspomina Wyka. Najpierw trenowali w hali Wandy, a potem przenieśli się do szkoły podstawowej na os. Stalowym. Zimą z sufitów zwisały sople. Herbatę trzeba było wypić od razu, bo później zamarzała.

Dla Wacha na początku ciężko było znaleźć sparingpartnera. Jedną z pierwszych amatorskich walk miał stoczyć z Marcinem Najmanem (dziś znany zawodnik MMA), który odmówił, kiedy zobaczył, że Mariusz przewyższa go o dwie głowy. Widział go pan na żywo? - pyta trener Skałka. - Jeśli pan widział, to wszystko jasne. Każdy by się zawahał przed wejściem na ring.

Mariusz zawsze patrzył na wszystkich z góry. Dziś ma ponad dwa metry wzrostu (dokładnie 203 cm) i numer stopy 52. Na archiwalnych zdjęciach widać, jak boksuje w charakterystycznych czarno-białych tenisówkach. Rodzice kupili je "od Ruskich", bo profesjonalnych butów w tym rozmiarze nie dało się u nas znaleźć. Jest jednym z nielicznych rywali Kliczki, który nie ustępuje mu warunkami fizycznymi. Ojciec twierdzi, że to zasługa wiejskiego odżywiania. W domu, w podkrakowskiej Wolicy niedaleko Niepołomic, raczej nie kupowało się sklepowych produktów. Jajka, sery, nawet mąka była domowej roboty.

Dlatego Wach dzieciństwo miał jak typowy chłopak ze wsi. Klasy nigdy nie powtarzał, ale uczył się raczej słabo. - Z wywiadówek to ja biegłem, a nie szedłem - wspomina pan Ryszard.

W szkole nikt mu nie podskoczył, ale na ulicy chyba każdy zwracał na niego uwagę. Wszystko dlatego, że młody Wach wyglądał jak... Janosik. Zapuścił blond włosy niemal po pas, bo taka była wtedy moda. - Czy opinie o jego spokojnej naturze to mit? Mariusz sam nigdy nikogo nie sprowokował, ale mniejsi często się za nim chowali. A na wiejskich zabawach, wiadomo, jak nie ma bójki, to zabawa nieudana. Zawsze wszyscy na Mariuszu się skupiali, bo był największy, a w długich włosach nie wyglądał zbyt korzystnie. Cóż, to były jednak szybkie pojedynki do jednej bramki - opowiada Ryszard Wach.

Wspomina też inną historię. Na początku lat 90. w Nowej Hucie atrakcją była... budka z kurczakami z rożna. Raz trzech mężczyzn chciało wepchać się w kolejkę przed Mariusza. - Powiem tylko, że niekorzystnie się to dla nich skończyło. Mariusz naprawdę nigdy nie wrócił do domu obity - śmieje się jego ojciec.

Kotlety na trasie Kraków - Warszawa

W ich życiu co chwilę wracał temat pieniędzy. Pan Ryszard miał własny staw rybny. Potem w Dreźnie założył firmę budowlaną i nielegalnie przewoził pracowników do Niemiec. Brał po 100, czasem 200 marek od osoby. Dzięki temu syn mógł potem trenować w miarę spokojnie.

Do małego przełomu doszło w 2002 r., kiedy Mariusz, jeszcze jako nieopierzony pięściarz amator, zdobył brązowy medal mistrzostw Polski. - Prezesi dopytywali, skąd go wzięliśmy. Już wtedy mówili na niego olbrzym - wspomina trener Libront.

Wypatrzyli go trenerzy Gwardii Warszawa. Wach przeniósł się do stolicy. Potem były kolejne medale MP, i to już złote. Ale problemów finansowych to nie rozwiązywało. Wręcz przeciwnie. Najwięcej Mariusz zarobił wtedy za... rolę statysty w filmie. Powiedział chyba jedno słowo i dostał ponad 1000 zł. Wcześniej, jeszcze w Krakowie, pracował jako barman albo ochroniarz.

Boksował niemal za darmo. - Amatorski boks to tylko wielkie obiecanki. Czasem dostał parę groszy od sponsorów, ale było tego niewiele. Raz otrzymał 800 zł i musiało mu wystarczyć na trzy miesiące - mówi Ryszard Wach. Wspomina też, jak przed zgrupowaniami piekł ok. 20 kotletów, pakował, i wiózł dla syna. Kiedy nie mógł się z nim spotkać, dawał 30 złotych konduktorowi i wysyłał żywność pociągiem. Mariusz odbierał przesyłki na dworcu w Warszawie, a potem musiał sobie radzić. Problemów ubyło, kiedy w 2004 r. Wach przeszedł na zawodowstwo.

Musi skończyć się przed czasem

- Mariusz przenigdy nie leżał na deskach, nawet w sparingu. A jak pan nie wierzy, to mógłbym to udowodnić - zapewnia pan Ryszard, który w mieszkaniu ma ogromną kolekcję kaset wideo. Twierdzi, że nagrał prawie wszystkie walki syna, od amatora po zawodowstwo. - Czasem tylko, kiedy walka miała rozpocząć się o godz. 16, przyjeżdżałem 15 minut wcześniej, a było już po wszystkim. Szkoda, że nie mamy więcej czasu, a urządziłbym projekcję - opowiada.



Wach na zawodowym ringu jest niepokonany, ale nigdy nie miał rywala choćby o zbliżonych umiejętnościach do młodszego z braci Kliczko. Jeśli Polak zostanie pierwszym bokserem od ośmiu lat, który pokona Ukraińca, przywiezie do Krakowa pasy najważniejszych federacji WBA, IBF, WBO i mniej prestiżowej IBO.

Nikt tego oficjalnie nie chce powiedzieć, ale w obozie Polaka panuje przekonanie, że walka powinna skończyć się przed czasem. Mariusz musi dokonać prawie niemożliwego i znokautować Ukraińca, bo inaczej sędziowie nie pozwolą mu wygrać. Kliczko w końcu na co dzień trenuje w Hamburgu i czuje się tam jak u siebie. - Ale dlaczego Witalij Kliczko zgodził się walczyć z Tomaszem Adamkiem we Wrocławiu, a Władimir chciał przyjąć Wacha w Niemczech? Pewnie Mariusza boi się trochę bardziej. W Polsce Wach byłby dla mnie nawet faworytem, a tak szanse są wyrównane - upiera się trener Libront.

Ryszard Wach: - Czy się denerwuję? Kiedyś, jak Mariusz wychodził na ring, to serce mi chciało wyskoczyć. Ale teraz stresu nie ma, bo wiem, co potrafi.

Jak zakończy się walka Wach - Kliczko?