Robert Radwański: Agnieszka to już kobieta na wydaniu

- Każdy marzy o tym, co udało się mojej córce. Pozostaje wierzyć, że zrobi kolejny krok i zostanie numerem jeden - mówi Robert Radwański, ojciec Agnieszki, finalistki Wimbledonu.
Dumny ojciec we wtorek przed północą odebrał starszą z córek z lotniska w Balicach. Finalistkę Wimbledonu witali też dziadek Władysław i kilkudziesięciu fanów. Kiedy weszła do hali przylotów, bili brawo i odśpiewali "Sto lat". Tenisistka przez najbliższe dni zostaje w Krakowie, by jeszcze w lipcu wrócić do Londynu na igrzyska olimpijskie. Krakowianka będzie chorążym reprezentacji.

Jarosław K. Kowal: Finał Wimbledonu to wielki sukces Agnieszki...

Robert Radwański: Każdy marzy, by być w finale turnieju wielkoszlemowego lub w pierwszej trójce na liście rankingowej. Jako zawodnik tego nie osiągnąłem, ale mojej córce się udało. Cóż, pozostaje marzyć o tym, by zrobiła kolejny krok i została numerem jeden. I dodatkowo się utrzymała, bo to też sztuka. Karolinie Woźniackiej nie wyszło.

Cel na igrzyska olimpijskie?

- Jak Agnieszka dojdzie do półfinału, to będzie już sukces. Marzymy o medalu.

Pan będzie towarzyszył córce?

- Tak, mam już akredytację i będę obok Agnieszki. Teraz nie było mnie w Londynie, bo są ważniejsze sprawy niż Wimbledon. Np. walka o życie kogoś bliskiego.

Jak będą wyglądać przygotowania?

- Przez najbliższy tydzień będzie lekko, ale potem już intensywniej. Jest tylko taki problem, że w Krakowie nie ma kortów z naturalną trawą. Ale od wielu lat nam to nie przeszkadza, więc i tym razem nie ma żadnego "ale".

Jest pan zadowolony, że córka została chorążym reprezentacji?

- Tak, to wspaniale, lepiej być nie mogło. Mały problem polega na tym, że turniej rozpoczyna się już dzień później. Jeśli Agnieszka będzie miała grać jako pierwsza, będzie kłopot. Ale mam nadzieję, że organizatorzy będą mieli to na uwadze. Przecież w poczcie sztandarowym są też inni tenisiści, jak Rafael Nadal, Maria Szarapowa czy Novak Djoković.

Czy sukces pana córki jest szansą na promocję Krakowa i popularyzację tej dyscypliny?

- Kraków od dawna czerpie korzyści. A jeśli chodzi o popularyzację: wydaje się, że mimo wszystko już teraz coraz więcej ludzi gra w tenisa. Jest o wiele lepiej niż np. pięć lat temu. Chodzi też jednak o to, by ludzie decydowali się grać zawodowo, a nie tylko raz w tygodniu. Chodzi o to, by młodzież próbowała pójść w nasze ślady. Niestety, nasza klasa średnia woli jechać sobie na Wyspy Kanaryjskie zamiast inwestować w tenis.

Jakie wrażenia po finale?

- Szansa na zwycięstwo była. Byłem prawie pewien, że Agnieszka wygra trzeciego seta. Przecież Serena słynie z braku kondycji. Ale okazało się, że pierwszy set trwał trochę za krótko. Gdyby był bardziej zacięty, to podejrzewam, że Williams nie starczyłoby sił.

Nad czym w szczególności będziecie teraz pracować?

- Oczywiście zawsze trzeba dążyć do poprawy, ale niczego nie powiem, bo wszystko idzie w świat. Konkurencja czuwa.

Jakie rady mógłby pan dać rodzicom uzdolnionych dzieci?

- Najważniejsze to... malować obrazy. Wszyscy powinni to robić, bo to uspokaja. Wtedy człowiek nie ma syndromu pola walki jak ja.

Tymczasem Agnieszka wyraźnie uspokoiła się na korcie.

- Już o tym wspominałem. Jest stonowana, dorosła i doświadczona sportowo. Można powiedzieć, że Agnieszka jest już kobietą na wydaniu. To już nie jest dziecko.