Londyn 2012. Marcin Dołęga: Bankiet ważniejszy niż olimpijska próba

Zakliczyn przez dwa dni miał być stolicą podnoszenia ciężarów, ale... - W takich warunkach nie można organizować mistrzostw, to nie zawody dla dzieci. Ale tak jest, gdy działaczom bardziej chodzi o bankiety niż przedolimpijskie starty - ocenia Marcin Dołęga
W sobotę i niedzielę najlepsi polscy sztangiści zjechali do Zakliczyna. W mieście leżącym między Tarnowem a Nowym Sączem (1,5 tys. mieszkańców) walczyli o medale mistrzostw Polski oraz kwalifikacje do igrzysk olimpijskich, które za dwa miesiące rozpoczną się w Londynie. Rywalizowali w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych.

Na środku hali ustawiono podest, przygotowano rzędy ławek, a kibice obserwowali rywalizację z trybun, które mieściły ponad 100 osób. - Organizacyjnie wszystko wypadło znakomicie. Zawodnicy czy trenerzy nie mieli żadnych uwag - zachwalał Zygmunt Wasiela, prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów.

Tragiczny pomost, ciasna sala do rozgrzewek

Inne zdanie miał Dołęga, zdecydowany zwycięzca w kategorii powyżej 105 kg i jedna z największych polskich nadziei na olimpijski medal. - Nie chciałbym urazić organizatorów, ale jestem zawiedziony. Eliminacji olimpijskich nie można organizować w takim miejscu. I nie chodzi o sam Zakliczyn, ale o warunki, jakie nam przygotowano. Tak uważa więcej startujących - podkreślał Dołęga, trzykrotny mistrz świata.

Wielu zawodników narzekało na zbyt małą salę do rozgrzewki, ale części najbardziej dał się we znaki pomost. - Był tragiczny, można było na nim odnieść kontuzję eliminującą z igrzysk olimpijskich. W drugim podejściu w rwaniu stopa oderwała mi się i sztanga przeleciała z tyłu, a w podrzucie pociągnęło mnie na palce. Bałem się, że zrobię sobie krzywdę. Sala do rozgrzewek? Fatalna - podkreśla Dołęga.

Prezes Wasiela, na początku tryskający optymizmem, po zakończeniu zawodów przyznał, że nie wszystko było jednak idealne. - Drobne usterki były, ale zostały usunięte. W przyszłości musimy zastanowić się nad większym pomieszczeniem do rozgrzewek, wtedy wszystkie narzekania znikną - uważa Wasiela.

Zakliczyn wybrany z szacunku

Większość sztangistów bardzo chciała startować w Zakliczynie, ale część uważa, że mistrzostwa Polski i kwalifikacje olimpijskie powinny odbywać się w ośrodku, gdzie na co dzień działają prężne sekcje podnoszenia ciężarów.

Według Wasieli do konkursu na organizację przystąpiło kilka klubów, ale gdy tylko gotowość zgłosił Zakliczyn, reszta była bez szans. Wszystko dzięki Markowi Gołąbowi, brązowemu medaliście igrzysk w Meksyku (1968 r.), a obecnie członkowi zarządu PZPC i mieszkańcowi Zakliczyna. - Było kilka chętnych miast, ale jak zgłosiłem nasze, to wycofali się z szacunku do mojej osoby. Zresztą związek pamiętał, że cztery lata temu podczas podobnych zawodów ze wszystkim sobie poradziliśmy. Słyszałem o problemach z podestem, ale mieliśmy do wyboru albo rywalizować po namiotem, albo w hali. Innej opcji nie było - przyznaje Gołąb.

Bardziej interesujący bankiet

W PZPC podkreślają również, że Zakliczyna bronił koszt organizacji, który zamknął się w kwocie ok. 100 tys. zł. W innych miastach zawody mogłyby być dużo droższe, bo należałoby zapłacić np. za wynajęcie hali. Poza tym w małopolskim miasteczku wiele osób (od ochraniających imprezę po wręczających nagrody) pracowało jako wolontariusze. Do tego trybuny - choć niewielkie - podczas najważniejszych zawodów były wypełnione.

- A w większych miastach kibiców czasem można policzyć na palcach dwóch rąk. W takich miejscach zawodów organizować nie chcemy - podkreśla prezes Wasiela.

Do kibiców sztangiści rzeczywiście nie mieli zastrzeżeń. W trakcie kolejnych startów w hali panowała cisza jak w trakcie profesjonalnych zawodów, a w najważniejszych momentach trybuny dopingiem i oklaskami pomagały zawodnikom.

- Właśnie kibicom chciałbym serdecznie podziękować, bo pomogli mi podnieść te ciężary. Chętnie bym tu częściej startował, gdyby tylko były lepsze warunki. Mam jednak nadzieję, że związek wyciągnie wnioski i następnym razem będzie bardziej przychylny zawodnikom niż sobie. Na razie to wiem, że teraz bardziej interesują ich bankiety niż nasze starty w roku olimpijskim - uważa Dołęga.