Agnieszka Radwańska: Teraz czas na kanapę, czekoladę i pisanki

- Porównania do Martiny Hingis to dla mnie duży komplement. Przede mną m.in. igrzyska olimpijskie, ale teraz myślę tylko o tym, by w końcu móc usiąść na własnej kanapie - przekonywała Agnieszka Radwańska po przylocie do Krakowa.


Jarosław K. Kowal: Pani powrót do Krakowa opóźnił się o cztery godziny.

Agnieszka Radwańska: - Bo we Frankfurcie brakło mi ok. 15 min., by zdążyć na samolot.

Na lotnisku było Pani trudno zrobić krok, bo otoczyła Panią solidna grupa fotoreporterów. To przyjemne czy męczące?

- Jest tego dobra i zła strona. Jestem po 20 godzinach podróży i chciałabym w końcu usiąść na swojej kanapie. Tym bardziej, że w tym roku byłam w domu przez mniej więcej sześć dni. Z drugiej strony jak wita mnie taki tłum, to znaczy, że zrobiłam coś naprawdę dobrze.

Co Pani powiedziałaby na wybuch "Isiomanii" [Isia to pseudonim Radwańskiej - przyp. red.]?

- Cóż Dlaczego nie?

Co teraz jest dla Pani najważniejsze? Pierwsze miejsce w rankingu, medal igrzysk olimpijskich czy tytuł wielkoszlemowy?

- Trudno porównać igrzyska do Wielkich Szlemów. Wszystko ma swój smak, więc najlepiej do wszystkiego dochodzić krok po kroku. Oczywiście w tym roku igrzyska będą bardzo ważne, więc medal byłby mile widziany. Tym bardziej że zawody odbędą się na nawierzchni trawiastej, którą bardzo lubię.

Teraz będzie Pani musiała sobie radzić z jeszcze większą popularnością.

- Wiele się nie zmieni. Jestem tą samą osobą, trenuje w tym samym miejscu i muszę robić to samo, co do tej pory, by się utrzymać w czołówce. Po prostu mam dodatkowy tytuł na koncie. Duże oczekiwania? Nie ciąży na mnie presja od tygodnia czy dwóch, ale od lat. Jestem przyzwyczajona. Po prostu staram się nie myśleć. Gram swoje, i to wszystko.

Wygrana nad Marią Szarapową w finale turnieju w Miami musiała mieć wyjątkowy smak.

- Cieszyłam się, że mogłam się zrewanżować, bo ostatnie zwycięstwo na nią odniosłam kilka lat temu. Było tym przyjemniej że stawka była dość duża.

Ostatnio nie mogła Pani pokonać jedynie Wiktorii Azarenki. Nie jest tajemnicą, że wasze relacje są napięte.

- Pokazała w tym roku kawał dobrego tenisa i grała przeciwko mnie po prostu za dobrze. Ale wiadomo, że podczas turniejów przyjaźnię się z kim innym, np. Karoliną Woźniacką czy Angelique Kerber. Najważniejsze, by umieć oddzielić sport od życia prywatnego. Tylko wtedy przyjaźnie przetrwają.

Najważniejszy sukces w karierze osiągnęła Pani bez logo Krakowa na koszulce.

- Ale ciągle jestem otwarta na współpracę z miastem. Jeśli będzie możliwość na podpisanie kolejnego kontraktu, to czemu nie? Tym bardziej że kocham to miasto. Tu czuję się najlepiej i od lat trenuję, choć warunki są, jakie są. Do ideału brakuje bardzo dużo.

Na trybunach w Miami nie było chorwackiego trenera Borny Bikicia, który współpracował z Panią.

- To już nieaktualna sprawa.

Dlaczego?

- To był okres próbny, którego nie zdał. Nie chce tego komentować. Po prostu nie trenujemy i nigdy nie będziemy trenować już z tym człowiekiem. Może dołączy do nas ktoś nowy, ale za wcześnie, by o tym mówić.

Myśli Pani już o kolejnym awansie w rankingu?

- Do trzeciego miejsca jeszcze trochę mi brakuje. Różnica punktów jest duża, więc przydałoby się zagrać kilka dobrych meczów na kortach ziemnych.

Ciągle porównują Panią do Martiny Hingis.

- Już słyszałam to kilka razy. Dla mnie to duży komplement, bo Hingis grała wspaniały tenis. Mogę nazwać ją wzorem. Przez lata podziwiałam jej grę w telewizji, jak np. Andre Agassiego czy Steffi Graf. Od tamtego czasu tenis się zmienił, jest bardziej siłowy. Ja tam jakoś sobie z tym radzę.

Sprawiła sobie Pani w nagrodę tradycyjne zakupy?

- W Miami było mało czasu na cokolwiek. Potem pojechałam do Charleston [Polka wycofała się z tamtejszego turnieju - przyp. red.], ale byłam tam tylko jeden dzień. Ale spokojnie, mój portfel jeszcze na pewno się uszczupli.

Jak spędzi Pani święta? Trudno będzie trzymać się świątecznej diety?

- A kto mówi o jakiejkolwiek diecie? Dzień bez czekolady, to dla mnie dzień stracony. Święta oczywiście spędzę z rodziną. Co będzie na stole, jeszcze nie wiem, bo w gotowanie nie jest moją mocną stroną. Chciałabym umieć gotować, ale nigdy nie było czasu, by się nauczyć. Już prędzej spadnie na mnie malowanie pisanek.

Więcej o: