Sport.pl

Puchar Świata bez Sylwii Jaśkowiec. "Gdyby nie ta moja amibcja..."

Sezon w biegach narciarskich rozpocznie się bez Sylwii Jaśkowiec, która leczy kontuzję. Obiecuje jednak, że zrobi wszystko, by jeszcze wrócić w tym sezonie do startów w Pucharze Świata.
Rozmowa z Sylwią Jaśkowiec, brązową medalistką mistrzostw świata w Falun

Katarzyna Skoczek: Wszystko wskazuje na to, że na listach startowych Pucharu Świata poza Justyn ą Kowalczyk, będą nazwiska polskich biegaczek, które niewiele nam mówią...

Sylwia Jaśkowiec: - Poczekajmy na pierwsze zawody, a być może nas pozytywnie zaskoczą. Żadne sukcesy nie przychodzą z dnia na dzień, ale trzeba też zaufać młodym zawodniczkom. Jeśli od razu powiemy im - nie dostaniecie nigdy szansy, to ich nadzieja i motywacja umrą. Młody sportowiec potrzebuje dużo motywacji, a gdzie ją zdobywać, jeśli nie wśród najlepszych. Można podpatrywać swoich idoli, a także np. porozmawiać.

Junior potrzebuje też wsparcia finansowego. Czy spotkała się Pani z murem, że chciała trenować, miała motywację, ale brakowało pieniędzy?

- Jak najbardziej. Kilka lat temu, kiedy dopiero zaczynałam przygodę, jedynym finansowym wsparciem były stypendia gimnazjalne czy gminne. W przeszłości, kiedy uległam kontuzji, znalazłam się na życiowym rozdrożu - brak sponsorów i podstaw do stypendium. Zostałam bez złotówki. Wszystko jest pięknie i fajnie, kiedy są wyniki, ale jak nie ma, pojawia się mętlik w głowie, brak swobody i niezależności.

Czy po sukcesach Justyny Kowalczyk wykorzystano szansę na promocję biegów w naszym kraju?

- Być może nie, ale wszystko jest do odwrócenia, oczywiście przy dobrej woli związku. Najważniejsze, by trenerzy dostali sygnał, że nie zostaną sami w tej pracy u podstaw. Należy ich zapewnić, że będą mieli wsparcie mentalne i finansowe. Wtedy będą mogli spokojnie zachęcać dzieci i młodzież do spróbowanie tego sportu. Jeśli chodzi o miejsca do trenowania, to zauważam, że jest ich coraz więcej. Są więc ludzie którzy starają się, by nie była to dyscyplina niszowa. Dużo zależy też od naszych wyników.

Pani, z powodu kontuzji, na razie nie będzie mogła ich poprawiać .

- Niestety, ale widocznie tak miało być. Nie ukrywam, że dużą rolę odegrała moja ambicja. Jeśli wcześniej bym zareagowała, może udałoby się uniknąć operacji. Wystarczyłyby może dwa tygodnie przerwy od treningu i bylibyśmy teraz na lodowcu, by rozgrzewać narty na pierwsze zawody. Ale być może przez ta kolejna trudna sytuacja w moim życiu ma mnie wzmocnić psychicznie. Na pewno wyjdę z tego silniejsza.

Kiedy wróci pani na trasy biegowe?

- Na pewno nie będzie to łatwo ani szybko. Mam dobre nastawienie i nie poganiam natury. Co prawda werdykt doktora był niezbyt optymistyczny, bo przerwę ocenił na cztery miesiące. Na szczęście powiedział też, że jeśli noga będzie się dobrze goiła, to z tygodnia na tydzień będzie się zmniejszał rozbrat z treningiem.

Jest więc szansa, że zobaczymy Panią w Pucharze Świata w tym sezonie.

- Mam taką nadzieję i będę o to walczyć.

Do sezonu przygotowywała się Pani z nowym szkoleniowcem Miroslavem Petraskiem. Czym różnią się jego metody treningowe od tych Aleksandra Wierietielnego?

- Więcej jest podobieństw niż różnic, przeskoczyłam tylko z rąk do rąk. Mam niemal te same bodźce treningowe, na które dobrze reaguję, wiec tylko czekam na powrót na trasy.

Więc jakie są podobieństwa pomiędzy tymi dwoma trenerami?

- Oboje to wielcy profesjonaliści, z sercem podchodzą do pracy i oczekują dobrej komunikacji na linii trener - zawodnik. Dużo zdrowia i wolnego czasu poświęcają na zgrupowania i treningi, żyją pracą, potrafią dostrzec potencjał w zawodniku i odpowiednio go zmotywować. Są nie tylko od przygotowania fizycznego, ale też mentalnego.

A utrzymuje pani kontakt z byłym szkoleniowcem?

- Tak. W ciągu lata udało się nawet spotkać. Kiedy byłam na zgrupowaniu w Zakopanem, trener akurat wyjeżdżał, wiec porozmawialiśmy, jak trenują, jak wygląda sytuacja u nich i u mnie. Czasem kontaktujemy się też przez sms-y. To bardzo miłe i cieszę się, że nadal mogę liczyć na jego wsparcie.

Taki przyjacielski kontakt ma Pani też z Justyną Kowalczyk?

- Można powiedzieć, że dopinguję ją bardziej z dystansu. Od zawsze mam o niej dobre zdanie i doceniam ją za determinację, wolę walki i to co zrobiła dla polskiego narciarstwa.

A jest czas, żeby się spotkać na kawę i pogadać?

- Raczej nie, bo nasza dyscyplina jest bardzo absorbująca i zajmuje dużo czasu. Łączy się to z wieloma wyjazdami, więc nawet gdybym była w rytmie treningowym, to często wolne dni, moje i Justyny, spędzane w domach się nie pokrywają. A jak już się trafią, to chce się je maksymalnie wykorzystać z rodziną.

Jak będą teraz wyglądały kolejne tygodnie?

- Poświęcę je oczywiście na rehabilitację. Listopad spędzę pod ścisłym okiem fizjoterapeuty. Po ośmiu tygodniach czeka mnie też wizyta kontrolne. Zobaczymy jak się zachowuje stopa, jaki jest jej stan, by powoli wchodzić w trening. Mam nadzieję, że w grudniu uda się wyjechać na obóz, oczywiście z fizjoterapeutą i wchodzić w treningową rutynę. Fajnie jest mieć tydzień-dwa przerwy, ale potem aktywnemu sportowcowi bardzo brakuje adrenaliny i ścisłej organizacji dnia.

Więcej o: