Skoczkowie wyjechali do Klingenthal. "Tlenu coraz mniej, a konkurencja coraz silniejsza"

Zaczyna się walka o punkty Pucharu Świata. W czwartek przed południem reprezentanci Polski wyjechali do Niemiec, gdzie w sobotę odbędzie się pierwszy konkurs. - Nie ma sensu dużo mówić, bo i tak wszystko wyjdzie na skoczni - przekonuje Jan Ziobro.
Jesteś kibicem i jesteś z Krakowa? Musisz zostać fanem Facebooka Kraków - Sport.pl »

Sezon, tak jak przed rokiem, zaczyna się w Klingenthal. Polacy mają dotrzeć na miejsce w czwartek wieczorem. W piątek pierwsze treningi i kwalifikacje. Jak wyglądały przygotowania? - Uznaliśmy, że nie ma sensu zbyt dużo zmieniać w porównaniu z poprzednim sezonem, bo lepsze może okazać się wrogiem dobrego. Z tego powodu zmiany były raczej kosmetyczne i odnosiły się do organizacji czy stosowanych metod. Odpuściliśmy dalekie podróże, postawiliśmy na większą liczbę treningów - tłumaczył Maciej Kot w rozmowie z portalem krakow.sport.pl.

Trener Łukasz Kruczek do Niemiec zabrał: Kota, Piotra Żyłę, Jana Ziobrę, Dawida Kubackiego, Stefana Hulę, Bartłomieja Kłuska i oczywiście Kamila Stocha, który broni Kryształowej Kuli.

O miejsce w kadrze walczył też Klemens Murańka, ale podczas ostatniego zgrupowania w Hinzenbach skakał słabiej od kolegów. Ma na to wytłumaczenie, bo wcześniej przez 10 dni leczył uraz kolana. - Nic nie szkodzi. Klimek ma za to pojechać na kolejny konkurs do Kuusamo - twierdzi Krzysztof Murańka, ojciec skoczka.

Rozmowa ze skoczkiem Janem Ziobrą

Jest stres przed pierwszym konkursem?

- Nie ma. Raczej ciekawość. Ciężko pracowaliśmy i czekamy, co będzie. Pierwszy start o wszystkim jeszcze nie przesądza, ale da odpowiedzi na kilka pytań. Dużo mówił nie będę, bo wszystko i tak zweryfikują nasze starty.

Więc konkretnych celów nie ma?

- Zawsze trzeba sobie jakieś stawiać. Są niezmienne: na tyle dobrze skakać, by z konkursu na konkurs poprawiać statystyki. I żeby nie było przestojów, jak w poprzednim sezonie. O osobistych celach nie chcę mówić. Dopiero na zakończenie sezonu powiem, czy udało się je zrealizować.

Po letnich konkursach i treningach da się przewidzieć formę?

- Gdybym nie czuł, że nie jestem w stanie rywalizować z najlepszymi, to nie wychodziłbym z domu. Trzeba wierzyć w siebie, choć konkurencja oczywiście nie śpi, tylko też trenuje, pracuje nad udoskonaleniami. Wylaliśmy poty na treningach, ale łatwo na pewno nie będzie. Dobrzy zawodnicy nie rozpływają się w powietrzu, a wręcz przeciwnie. Trener Łukasz Kruczek powtarza, że czołówka się zagęszcza i ma rację. Jesteśmy pod sufitem, tlenu coraz mniej, bo niezłych skoczków przybywa.

Między sezonami w pana życiu dużo się zmieniło...

- To prawda, córka Vivienne ma już 10 miesięcy. To moje pierwsze dziecko, a co za tym idzie: nowe wyzwania i pierwsze spotkanie z prawdziwym życiem. Rośnie nowy kibic, jest dla kogo skakać i żyć.

We wrześniu wziął pan też ślub.

- Na szczęście nie towarzyszył mi taki stres, żebym nie mógł słowa wydusić. Mój kuzyn jest księdzem i on prowadził mszę. Pewnie dlatego z jednej strony była poważna, a z drugiej nikt nie był spięty.

ARTUR SZPILKA, CZYLI ŁOBUZ, WIĘZIEŃ, CELEBRYTA [REPORTAŻ]