Jak Słowacy na stokach biją się z polskimi mitami

Jest drogo, słowacka policja zatrzymuje tylko Polaków, a mieszkańcy krzywo się na nas patrzą? Na Słowacji właściciele stoków narciarskich czekają na dopływ złotówek, ale muszą walczyć z naszymi uprzedzeniami.
Rużomberok, godzina jazdy samochodem od granicy polsko-słowackiej. Miasto jest cztery razy mniejsze od Tarnowa, a może uchodzić za sportową wizytówkę kraju. Jest tu m.in. zespół piłkarski z ekstraklasy, niegdyś jedna z najlepszych drużyn koszykarek w Europie, a do tego trzy kluby tenisowe i zespół hokeja. W ostatni weekend rano można było śledzić zawody w łyżwiarstwie figurowym, a wieczorem efektowną rywalizację w skialpinizmie (narciarze z latarkami biegali i zjeżdżali ze stoku).

- Polacy? - dziwi się na nasz widok Ladislav, właściciel pensjonatu położonego ok. 1,5 km od dużego kompleksu narciarskiego. - Przyjeżdża was tu coraz mniej. Szczególnie odkąd weszliśmy do strefy euro.

Turystów ma tu przyciągać ogromny skipark (link). By wyjechać na samą górę, trzeba wsiąść do gondoli, a potem jeszcze przesiąść się na wyciąg krzesełkowy. W sumie do wyboru kilka tras o różnym poziomie trudności. Najdłuższa ma prawie 4 km. U podnóża profesjonalna wypożyczalnia i szkoła narciarska Lilly Sport. Język polski słyszymy rzadko, choć np. na Podhalu lepszego stoku ze świecą szukać.

Konrad Dębogórski, który mieszka w Rużomberoku od 11 lat, twierdzi, że Polacy nie przyjeżdżają, bo... są uprzedzeni. - Przede wszystkim w Polsce mówi się, że jest tu zbyt drogo. Często też słyszę, że Słowacy nie lubią Polaków, a słowacka policja się na nich uwzięła. To wszystko bzdury - przekonuje.

Ceny faktycznie rzucają się w oczy. W hotelowej restauracji kawę kupujemy za 1 euro. Dobre piwo w barze obok można dostać za 80 centów. By zjeść dwudaniowy obiad za więcej niż 10 euro, trzeba zamówić coś naprawdę wykwintnego. Jest taniej niż w Polsce.

By poszaleć na stoku, trzeba co prawda sięgnąć do portfela (całodobowy karnet kosztuje 24,5 euro), ale opłaca się. Przy wyciągach nawet w weekend niemal nie ma kolejek (w Polsce niespotykane), a wzdłuż miasta jeździ ski bus, który za darmo zabiera narciarzy z dworca na stok i z powrotem.

Inne mity? - W Polsce pokutuje przekonanie, że słowacka policja daje mandaty tylko Polakom. Kiedyś znajomy policjant pozwolił mi spojrzeć przez wizjer radaru i tablic rejestracyjnych nie było widać, a tylko prędkość. On nigdy nie wie, kogo zatrzymuje, a my po prostu jeździmy za szybko. Tak samo nieprawdą jest, że Słowacy nas nie lubią. Nieporozumienia wynikają tylko i wyłącznie z różnic językowych. Lepiej nie pytajmy Słowaka, co chce do picia albo nie mówmy mu, że ładnie pachnie. Bo najzwyczajniej w świecie go obrazimy - dodaje Dębogórski.