IO w Londynie. Krakowianin Grzegorz Sudoł i prezydencki lot z marzeniami

- Igrzyska olimpijskie? Pamiętam debiut w Atenach. Wszystko było dla mnie takie nowe, leciałem tam z Aleksandrem Kwaśniewskim prezydenckim samolotem. Tym samym, który potem rozbił się pod Smoleńskiem. Prezydent przyszedł się przywitać, pytał jak forma. Mam nadzieję, że z Londynu przywiozę jeszcze lepsze wspomnienia - opowiada Grzegorz Sudoł, chodziarz z Krakowa.
Jarosław K. Kowal: Nazwałby się pan pechowcem?

Grzegorz Sudoł: Nie. Naprawdę mam dużo szczęścia w życiu i sporcie. Na początku zastanawiałem się, dlaczego doznałem kontuzji akurat podczas mistrzostw świata. Ale w sumie miałem jeden uraz przez 10 lat i każdemu sportowcowi życzę takiej passy. Poza tym spotkało mnie wiele fajnych rzeczy. Najlepszy przykład: w 1996 r. zostałem wylosowany jako jedna z dwóch osób z tysiąca, które pojechały na Igrzyska Olimpijskie w Atlancie. To była nagroda dla młodych adeptów. Z Europy polecieliśmy ja i pewien Hiszpan. To było jedno z najlepszych wspomnień w życiu. Dostaliśmy najlepsze miejsca na stadionie, mogliśmy śledzić rywalizację w każdej konkurencji. Spotykaliśmy się tam z idolami: Ato Boldonem czy Michaelem Johnsonem. Do dziś pamiętam tę niezwykłą ciszę przed decydującym skokiem wzwyż Charlesa Austina, który miał zadecydować, jaki medal zdobędzie Artur Partyka.

W Atlancie pierwszy medal olimpijski zdobył Robert Korzeniowski.

- Chciałem się wtedy z nim spotkać, ale był problem, bo zmieniono mi hotel w ostatniej chwili, a jeszcze wtedy nie mieliśmy telefonów komórkowych. Na kartkach mieliśmy wypisać idola, z którym chcemy się spotkać. Wpisałem więc Korzeniowskiego, ale poprosili, bym zmienił wybór, bo przecież mogę spotkać się z nim w Polsce. Szkoda, bo Robert był i nadal jest moim idolem. Przekreśliłem jego nazwisko i wpisałem Johnsona.

Na podobny wyjazd czekał pan osiem lat.

- Niestety, nie zakwalifikowałem się na igrzyska w Sydney w 2000 r., ale moje marzenie spełniło się w Atenach. Wszystko było dla mnie nowe, do tego atmosfera w polskiej kadrze była znakomita. Pamiętam, że na igrzyska leciałem z Aleksandrem Kwaśniewskim prezydenckim samolotem. Tym samym, który potem rozbił się pod Smoleńskiem. Prezydent przyszedł się przywitać i zapytał jak forma. Jedynie Robert Korzeniowski poszedł z nim do części prezydenckiej. To też była przygoda, bo w końcu nie każdy ma okazję na podróż z prezydentem.

Tylko medalu nie udało się zdobyć. Zajął pan siódme miejsce, a cztery lata później w Pekinie było gorzej - dziewiąta pozycja.

- Szkoda, bo jechałem do Chin z dużymi nadziejami. Nawet zacząłem głośno mówić o medalu, mimo że niektórzy na te słowa się uśmiechali. Kilka kilometrów przed metą byłem na czwartym miejscu, więc podium było blisko. Niestety, niepotrzebnie zaryzykowałem. Upuściłem żel energetyczny, a czułem się na tyle dobrze, że postanowiłem po niego nie wracać. Pech polegał na tym, że woda była podwójnie destylowana, nie było w niej zbyt wiele minerałów, mikroelementów i zabrakło mi sił. Był niedosyt, ale taki jest sport. Swoją drogą - nie lubię azjatyckiego klimatu.

Nie bał się pan, że podobnych przeżyć już nie będzie? Nie uzyskał pan kwalifikacji olimpijskiej w swoim koronnym dystansie na 50 km.

- Ani przez chwilę nie pomyślałem, że nie pojadę na igrzyska. Wielokrotnie wspominałem, że niestety chodziarze - w przeciwieństwie np. do sprinterów, skoczków o tyczce czy nawet sportowców grających w rzutki - niemal nie mają możliwości pomyłki, bo startów na 50 km jest niewiele. Trochę żałuję, że tak to się potoczyło. Już wcześniej czułem, że mój organizm jest zmęczony, więc chciałem odpuścić rok przedolimpijski. Mówiono mi, że nie mogę zrezygnować z mistrzostw świata. Uległem i chyba popełniłem błąd, bo doznałem kontuzji, a potem nie udało się zdobyć kwalifikacji. Negatywnych myśli było sporo, ale trudno. Nie upierałem się nawet, by przedłużyć czas na wywalczenie kwalifikacji olimpijskiej, tylko podszedłem do tego jak mężczyzna. Wiedziałem, że czeka mnie start na 20 km.

Powtarza pan, że na tym dystansie czuje się jak nowicjusz.

- Ten start naprawdę jest dużą niewiadomą. Bo gdybym rok czy dwa lata wcześniej wiedział, że będę szedł na tym dystansie, to co innego. Mimo wszystko jestem dobrej myśli. Niedawno pobiłem rekord życiowy na 5 km, więc forma idzie w górę. Można powiedzieć, że w pewnym sensie czuję luz psychiczny. Nie ma presji, że muszę zdobyć medal.

Zatem nie myśli pan o podium?

- Każdy sportowiec myśli. Ale scenariuszy jest dużo. Mogę tylko zadeklarować, że na pewno nie powiedziałem ostatniego słowa w chodzie na 50 km. Na tym dystansie mam coś jeszcze do udowodnienia.

Na igrzyskach w Rio de Janeiro w 2016 r.?

- Tak daleko myślami jeszcze nie wybiegam. Zobaczymy...