Lekkoatletyczne MŚ. Grzegorz Sudoł chce dojść do gwiazd

Grzegorz Sudoł (AZS AWF Kraków) wzorem Adama Małysza nie rzuca słów na wiatr, ale tak jak Robert Korzeniowski chce stanąć na podium mistrzostw świata w Daegu. Będzie o to walczył w nocy z piątku na sobotę
W Daegu chód na 50 km rozpoczyna się o godz. 1 nad ranem czasu polskiego. Na mecie najszybszy powinien zjawić się około 3,5 godziny później. To w zasadzie jedyna szansa, by do Krakowa z lekkoatletycznych mistrzostw świata przyleciał medal. - Moim atutem jest doświadczenie. 33 lata to idealny wiek dla chodziarza - przekonuje Sudoł.

A wszystko zaczęło się od...

Jeszcze trzy lata temu myślał o zakończeniu kariery, a chodziarzem został... przez zbieg okoliczności. Zaczynał jako biegacz. Jedyne, co go podobno wyróżniało, to zapał, bo warunkami fizycznymi odstawał od kolegów. Raz na zawodach zdarzyło się, że fotokomórka nie zmierzyła mu czasu, bo... jest za niski.

Podczas rozbiegania w Janowie zabłądził razem z kolegami ze Stali Nowa Dęba i musiał nadłożyć kilometrów. Trener zarządził, że pozostały dystans pokonają chodem. Podobno dopiero wtedy Sudoł błysnął talentem. - Zobaczyłem, że pracuje biodrem, jak należy, więc zaproponowałem, by spróbował zmienić dyscyplinę. Jednak początki wcale nie były zbyt obiecujące - wspomina trener Julian Zięba, który w Stali przez ok. 10 lat pracował z Sudołem, zanim ten trafił do AZS-u AWF-u Kraków.

Chód nie od razu przypadł mu do gustu. Sudoł wspomina, że propozycja szkoleniowca zbiegła się w czasie z głośną dyskwalifikacją Roberta Korzeniowskiego podczas Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 r. - Myślałem wtedy, że to bez sensu. No, bo przejdę 40 km, a oni mnie zdyskwalifikują? - opowiada.

Ale 12 lat później zadebiutował na igrzyskach. W Atenach zajął dobre siódme miejsce. Cztery lata potem w Pekinie był dziewiąty. Wtedy dopadły go wątpliwości i w połączeniu z kłopotami finansowymi omal nie doprowadziły do zakończenia kariery. W końcu udało się znaleźć sponsorów. Sudoł zapewnia, że bez ich pomocy nie zdobyłby m.in. srebrnego medalu mistrzostw Europy przed rokiem.

Trener Zięba: - Wie, czego chce od życia, i temu wszystko podporządkowuje. Dlatego już kiedy był w gimnazjum, wiedziałem, że zostanie olimpijczykiem. Nigdy nie opuścił treningu, a nie każdy potrafił poddać się takiemu reżimowi. Życzyłbym sobie w przyszłości trafić jeszcze na podobnego zawodnika. Jest uparty dokładnie tak jak Korzeniowski.

A teraz...

Właśnie czterokrotny zwycięzca IO i trzykrotny złoty medalista mistrzostw świata pomagał Sudołowi w przygotowaniach do startu w Deagu. Korzeniowski był na kilku treningach w Krakowie i zgrupowaniu w Spale, a rady daje także na miejscu w Korei. - Największą pracę wykonał oczywiście mój trener Ilja Markow, ale Robert bardzo pomagał. Przeczytałem jego książkę ["Moja droga do mistrzostwa" - przyp. red.] i przeprowadziłem kilka rozmów, które z pewnością podziałały mobilizująco. Padły pytania z cyklu trudnych, np. jak sobie wyobrażam życie po zdobyciu medalu, co stałoby się, gdybym nie wygrał, czego się boję... - wylicza Sudoł.

W Deagu zameldował się w tym samym apartamencie co: Piotr Małachowski (rzut dyskiem), Tomasz Majewski (pchnięcie kulą), Adam Kszczot, Marcin Lewandowski (obaj bieg na 300 m) i Adam Parszczyński (3000 m z przeszkodami). Śmiał się, że to może być medalowa mieszanka, ale na razie żaden z jego współlokatorów na podium nie stanął. Szansę mają już tylko Majewski i Sudoł.

Krakowianin zapewnia, że jest gotowy na medal, mimo że nie odpowiada mu azjatycki klimat, a ciągle we znaki daje się stary uraz mięśnia przywodziciela. - W ostatnich 50 minutach może dopaść mnie ból, ale adrenalina będzie tak duża, że sobie z nim poradzę. Czy wygram? Małysz nigdy nie odpowiedział twierdząco na takie pytanie, tylko powtarzał, że chce oddać dwa dobre skoki. Dlatego mój cel to dać z siebie 101 procent - kończy Sudoł.