Piotr Mandrysz: Wisła to rozpędzona lokomotywa, ale to nam punkty są bardziej potrzebne [WYWIAD]

- Ubolewam nad tym, że piękno gry jest zabijane przez niefortunny i niesprawiedliwy regulamin - mówi Piotr Mandrysz, trener Termaliki Bruk-Bet Nieciecza. W poniedziałek jego zespół gra w Krakowie z Wisłą. Początek meczu o godz. 18, relacja na krakow.sport.pl.

Chcesz więcej? Polub Kraków - Sport.pl



Damian Gołąb: Kiedy na kolejkę przed końcem sezonu zasadniczego Termalika właściwie straciła szanse na grę w grupie mistrzowskiej, w wypowiedziach pana piłkarzy słychać było spore rozczarowanie. To już chyba za wami?

Piotr Mandrysz: Jestem zadowolony ze startu fazy finałowej, chociaż do pełni szczęścia zabrakło nam zwycięstwa z Koroną Kielce. Wtedy bylibyśmy całkowicie usatysfakcjonowani. Nie można żyć przeszłością, bo terminarz galopuje. Choć oczywiście wyciągamy wnioski z porażek.

Widać to po grze Termaliki w obronie. Wcześniej w pięciu kolejnych meczach traciliście bramki, teraz w dwóch udało się zachować czyste konto. Jest pan zadowolony z postawy obrońców?

- Poprawiła się gra defensywna całego zespołu. Bardzo się cieszymy, że oba mecze fazy finałowej zagraliśmy na "zero" z tyłu. Jak życie pokazało, to klucz do zdobywania punktów. Wcześniej w tym roku tylko jedno spotkanie zakończyliśmy z czystym kontem - co ciekawe z Legią, czyli najlepszą drużyną. Widać, że na finiszu sezonu to gra w obronie jest najważniejsza, zwłaszcza mając zespół o określonych możliwościach ofensywnych.

Przez większość sezonu Termalica wyróżniała się stylem opartym na cierpliwej grze po ziemi. W dolnej ósemce, gdy trzeba walczyć o każdy punkt, nie ma na to miejsca?

- Ubolewam nad tym, że piękno gry jest zabijane przez niefortunny i niesprawiedliwy regulamin rozgrywek. Przez to każdy, kto gromadził punkty przez dziewięć miesięcy, po podziale przede wszystkim nie chce spaść. Każdy punkt jest już na wagę złota. Mam nadzieję, że jeśli zakończymy sezon happy endem, w przyszłym znów zobaczymy Termalikę grającą futbol ładny dla oka. Być może również - dzięki doświadczeniu z tych rozgrywek - skuteczniejszy.

Z tym pana drużyna wciąż ma problem. Piłkarzom przydarzają się spektakularne pudła, jak choćby Wojciechowi Kędziorze, który z Koroną nie trafił do pustej bramki.

- Wcześniej w spotkaniu z Podbeskidziem Bielsko-Biała podobne przytrafiło się Patrikowi Misakowi. To na pewno frustrujące dla każdego piłkarza. Wierzę, że więcej takich sytuacji nie będzie i nie będą one tak kosztowne, jak to ostatnie. O ile pudło Patrika nie pozbawiło nas punktów, a jedynie kosztowało nerwową końcówkę, o tyle to Wojtka Kędziory było brzemienne w skutki.

Można nad tym pracować? Treningi strzeleckie pomogą?

- Tak, przeprowadziliśmy je w tym tygodniu. Chodzi o to, by zawodnicy znów nabrali pewności w trafianiu w ten prostokąt. Wszystkim z boku wydaje się, że trafienie w tak dużą bramkę to nie problem. Ale to jest pewien kłopot, bo jednak trzeba uderzyć piłkę nogą, a nogi nie są tak precyzyjne jak ręce. Dlatego czasami zdarzają się takie historie. Trzeba jednak przejść nad tym do porządku dziennego, a piłkarzy, którym się to przytrafia, podbudować psychicznie.



Brak skutecznego napastnika ciągnie się za Termaliką od jesieni. Wiosną przez chwilę był nim Kędziora, ale znów się zaciął. Piłkarze sprowadzeni na tę pozycję zimą chyba nie do końca się sprawdzili?

- Wzmocnienie rywalizacji zawsze podnosi poziom, wyzwala dodatkowe pokłady wśród piłkarzy, którzy już byli w zespole. Nie jest do końca tak, że się nie sprawdzili, ocenimy to dopiero po sezonie. Trzeba jednak pamiętać, że trafili do nas bardzo późno, już po okresie przygotowawczym. Jeden leczył uraz, drugi szybko odniósł kontuzję, a trzeci dotarł już po rozegraniu kilku wiosennych kolejek. W takim momencie niełatwo wprowadzać nowych piłkarzy do drużyny.

Ich obecność pomogła Kędziorze. Dla mnie nie jest ważne, kto będzie strzelał bramki. Co innego dla piłkarzy, bo napastników jednak rozlicza się z goli. Gramy pierwszy sezon w ekstraklasie, bardzo trudny. Wszyscy nie mogą grać, trudno, bym teraz zaczął wystawiać trójkę napastników. Samobójcą nie jestem.

W poniedziałek gracie z Wisłą. Jesienią w Krakowie udało się panu zaskoczyć Kazimierza Moskala, ówczesnego trenera krakowian. Teraz też szykuje pan coś specjalnego?

- Przede wszystkim chciałbym, by moi piłkarze rozegrali dobry mecz. Tylko wtedy możemy przeciwstawić Wiśle. Wiemy, jakie osiąga wyniki po zmianie trenera, że bardzo się rozpędziła. Miała na wyciągnięcie ręki grupę mistrzowską. Z trenerem Dariuszem Wdowczykiem zremisowała tylko jedno spotkanie. To rozpędzona lokomotywa, spróbujemy znaleźć na to antidotum. To nam jednak punkty są bardziej potrzebne. Wiśle mało kto je urywa, ale wierzę, że nam się to uda.

Wyniki Wisły to zasługa trenera Wdowczyka, czy w Wiśle potencjał po prostu był i kwestią czasu było, kiedy drużyna odpali?

- Potencjał piłkarski w Wiśle był, jest i na pewno będzie. Być może liczba zawodników nie jest taka, jaką chcieliby mieć szkoleniowcy, ale wciąż ta drużyna ma 13-14 świetnych piłkarzy, którzy w tym składzie spokojnie powinni bić się o puchary.

W Krakowie zapowiadają, że chcą wygrać dolną ósemkę.

- Jeśli zespół wygrywa sześć z siedmiu spotkań siłą rzeczy jest faworytem do wygrania tej grupy. To samo udało się w zeszłym roku Cracovii.

Dla Termaliki ważniejszy niż spotkanie z Wisłą może być następny mecz z Górnikiem Łęczna. Zwycięstwo dałoby już niemal pewne utrzymanie.

- Tak może być, ale o tamtym spotkaniu będziemy myśleć dopiero po tej kolejce. Zobaczymy, jak ułożą się wyniki. Wtedy zastanowimy się, co będziemy musieli ugrać w tamtym meczu, by zapewnić sobie komfort w tabeli. W tej chwili koncentrujemy się tylko na Wiśle.





Gole, które musiscie zobaczyć