"Na papierze skład mamy słabszy niż w poprzednim sezonie, ale w tym będziemy tworzyć ZESPÓŁ"

Koszykarki Wisły Can-Pack w sobotę (godz. 16, hala przy ul. Reymonta) meczem z Widzewem zainaugurują rozgrywki Basket Ligi Kobiet. - Mistrzostwo Polski i turniej finałowo Euroligi to cele jak najbardziej realne - uważa Justyna Żurowska, skrzydłowa krakowskiej drużyny.
Andrzej Klemba: W tym sezonie Wisła ma dużo do udowodnienia - odzyskać mistrzostwo i tym razem wywalczyć awans do turnieju finałowego Euroligi.

Justyna Żurowska: W klubie doszło do nowego rozdania - jest sporo nowych zawodniczek i nowy trener, który wprowadza nową jakość do naszej gry. Przez cztery lata rządów Jose Hernandeza zespół odniósł sporo sukcesów, ale końcówka nie była najlepsza i nie ma co do niej wracać. Z nowym szkoleniowcem Stefanem Svitkiem wiązane sa nadzieje i klub stawia nam wyzwania. Po kilku tygodniach spędzonych z tym szkoleniowcem widać, że ma pomysł na naszą drużynę. Mądrze zaplanował okres przygotowawczy, dlatego wierzę, że jak wyjdziemy na boisko, nie będziemy grały przypadkowej koszykówki, ale właśnie dokładnie taką, jakiej trener od nas oczekuje i jakiej nas uczył. To jest bardzo fajne, że zaczynamy z gotowym planem. Wszystko było przemyślane i startujemy z nastawieniem na powrót do wielkich sukcesów.

I wreszcie bez kontuzji, które w poprzednim sezonie trapiły zespół już w okresie przygotowawczym.

- To prawda, bo czasem nie wszystko zależy od pomysłu, ale też od zdrowia. Jedno wiąże się z drugim. Gdy się trenuje mądrze, to ryzyko kontuzji się zmniejsza, oczywiście poza urazami przypadkowymi, wynikającymi z walki na boisku, których czasem trudno uniknąć.

Mistrzostwo Polski i Final Eight Euroligi to cele...

-...jak najbardziej realne. Gorszy wynik będzie dla nas pewnego rodzaju porażką. Ciężko pracowałyśmy i mam nadzieję, że jak dołączą zawodniczki z WNBA, to szybko złapią, jak gramy.



Tym razem klub postanowił zbudować zespół bez wielkiej gwiazdy, jaką w poprzednich rozgrywkach była Tina Charles.

- Śmiem twierdzić, że w tym sezonie na papierze skład mamy słabszy. Oprócz Charles były przecież Alana Beard, Anke De Mondt, Erin Phillips i Dora Horti. Teraz zagranicznych zawodniczek jest mniej - oprócz Phillips, Allie Quigley, Jantel Lavender i Zane Tamane. Jeśli porównać te drużyny, to lepsza była ta z sezonu 2012/2013. Ale w tym roku będzie ZESPÓŁ. W zeszłym mieliśmy gwiazdę, ale trudno było z nią go stworzyć.

A jaki skład ma wasz najgroźniejszy rywal - CCC Polkowice?

- Słabszy niż w poprzednim sezonie. Ze znakomitego trio Snell - Ogwumike - Palau, które stanowiło o sile zespołu, została tylko ta pierwsza. Nie ma kreatora gry, czyli Hiszpanki. Rozgrywające, które są teraz, nie mają nawet co myśleć, by wznieść się na poziom Palau. Ona była z innej galaktyki. Także Ogwumike pierwszy raz przyjechała do Europy i zaprezentowała się ze znakomitej strony. Nikt się nie spodziewał, że będzie to taki gracz.

W tym sezonie w lidze wraca przepis, że dwie Polki muszą być non stop na parkiecie. Jak klubowi udało się przygotować do tej zmiany?

- Bardzo dobrze. Mamy silny zestaw Polek, właściwie każda może grać i prezentować odpowiedni poziom. Dobrym pomysłem było też wprowadzenie limitu trzech Amerykanek. To sprawiło, że więcej Polek jest w drużynie. A wcześniej czasem było pół na pół. Dzięki tym zapisom to będzie naturalne, że na boisku są Polki.

W Eurolidze jest limit dwóch zawodniczek spoza Europy, ale Wisła zastosowała sprytny manewr - zatrudniła Amerykankę Quigley, która ma też paszport węgierski.

- Na dodatek to zawodniczka, która miała bardzo dobry ostatni sezon. Od wielu lat podobny zabieg stosują w Rosji - namawiają Amerykanki do gry w reprezentacji. Dla nas to idealne rozwiązanie - mamy znakomite koszykarki spoza Europy Phillips i Lavender, a do tego Quigley. Taką zawodniczkę w Europie trudno byłoby znaleźć.