Sport.pl

Ewelina Kobryn mistrzyniom nie odmawia

- Ręka przy rzutach mi już nie drży, ale nadal jestem podekscytowana. WNBA to dla mnie ciągle nowość - opowiada środkowa Wisły Can-Pack, która spełnia marzenia w Seattle Storm
Kobryn jest w USA od miesiąca. W nowej drużynie zadebiutowała 1 lipca przeciwko Connecticut Sun. Dzięki temu została czwartą Polką w historii najlepszej kobiecej koszykarskiej ligi świata. Pierwsze punkty zdobyła ponad tydzień temu przeciwko San Antonio Silver Stars. Jeszcze więcej powodów do zadowolenia miała przed trzema dniami po spotkaniu z Phoenix Mercury, w którym zdobyła pięć punktów i miała dwie asysty.

Jarosław K. Kowal: Ziściło się marzenie...

- To prawda. Doświadczenia z WNBA będę starała się przełożyć na polskie i euroligowe parkiety.

Jak właściwie trafiła pani do drużyny mistrzyń WNBA?

- Oferta pojawiła się jeszcze w trakcie Eurobasketu. Podczas ostatniego meczu z Francuzkami wiedziałam, że wrócę do Stanów, ale starałam się o tym jeszcze nie myśleć. Miałam też możliwość gry w Nowym Jorku i postanowiłam, że ostateczną decyzję podejmę na spokojnie, już po mistrzostwach.

Padło na Seattle Storm...

- Wszyscy powtarzali mi, że mistrzom się nie odmawia. Poza tym podczas rozmowy z trenerem Brianem Aglerem wyczułam, że zależy mu na moim przyjściu. Dlatego cieszę się z tej decyzji. Oczywiście nie jest łatwo, ale muszę cierpliwie czekać na szanse i wykorzystywać każdą minutę spędzoną na parkiecie. Bo, nie oszukujmy się, tak właśnie wyglądają początki.

W meczu przeciwko Phoenix Mercury miała pani do wykorzystania już ponad 10 minut.

- Nie wiem, czy to oznacza, że trener nabiera do mnie większego zaufania, jego trzeba o to zapytać. Czy ręka nadal drży przy rzucaniu? Nie nazwałabym tego w ten sposób, choć z pewnością gra w WNBA to dla mnie ciągle pewna nowość. Dlatego każdemu wyjściu na parkiet towarzyszy podekscytowanie. Na szczęście czas mojej gry z meczu na mecz wydłuża się, i oby tak dalej.

Jakie były początki? Czy mistrzynie patrzyły na panią z góry?

- Z pewnością dziewczyny znają swoją wartość, i to da się wyczuć. Oczywiście nie liczyłam na to, że ktoś tu będzie mnie rozpieszczał, spędzał ze mną wolne chwile. W końcu w koszykówce nie o to chodzi. Ale to nie znaczy, że dziewczyny z drużyny nie są miłe. Wręcz przeciwnie - ile mogą, to pomagają.

Jak w tych okolicznościach zabić nudę?

- Wbrew pozorom wcale nie mam tak dużo wolnego. Gramy co dwa lub trzy dni, więc większość czasu spędzam w podróży. A kiedy znajdzie się dzień przerwy, to i tak jest co robić. Trzeba zająć się przyziemnymi sprawami, jak praniem czy zakupami, lub najzwyczajniej w świecie odpocząć. Na zwiedzanie też jeszcze nie było czasu. Pod tym względem w WNBA jest tak jak w lidze polskiej - mecze się kumulują i czasu zaczyna brakować.

A jakie są różnice?

- Tu występują najlepsze zawodniczki na świecie, gra jest bardziej fizyczna. Trzeba walczyć o każdą zbiórkę, jest dużo więcej ruchu na parkiecie. Nacisk kładzie się też na kontrę, dominują krótkie akcje, w których nie ma czasu na przeciąganie. Jeśli jest dogodna pozycja, to koniecznie trzeba oddać rzut. Widać też różnicę w mentalności. Jeśli dziewczynom coś nie wychodzi, to i tak się nie poddają. Pamiętajmy jednak, że europejska koszykówka wcale nie stoi na niskim poziomie, więc ogromnej różnicy między WNBA a np. Euroligą nie ma.

Co było do tej pory największym przeżyciem? Pierwsze zdobyte punkty?

- Zdobyłam je, gdy wysoko prowadziliśmy. Były satysfakcją dla mnie i dla kibiców, ale drużynie nie były wówczas za bardzo potrzebne. Dlatego bardziej cieszyłam się z pięciu punktów rzuconych w meczu z Phoenix Mercury. One były potrzebne drużynie.

Więcej o: