Sport.pl

Comarch Cracovia. Słodko-gorzki debiut marketingowca. "Teraz walczymy o mistrzostwo"

Marek Wróbel, strzelec pierwszego gola dla Cracovii w meczu półfinałowym Pucharu Polski z Ciarko Sanok (przegrana 2:3), w poprzednim klubie nie dostawał pieniędzy. - Fundusze były tylko na sprzęt i wyjazdy, dlatego codziennie od godz. 9 do 16 pracowałem za biurkiem - mówi 25-letni napastnik.
Facebook? » | A może Twitter? »


Michał Knura: Bramka w przegranym meczu nie może cieszyć?

Marek Wróbel: Oddałbym tego gola za występ w finale Pucharu Polski. Wielka szkoda, bo dobrze zaczęliśmy to spotkanie, graliśmy poprawnie taktycznie, czego efektem była wygrana pierwsza tercja. Potem niepotrzebnie oddaliśmy inicjatywę, Sanok doszedł do głosu. Mimo to mogliśmy awansować, bo do końca wynik był sprawą otwartą. Nie skończyło się jednak po naszej myśli.

Przegraliście przez własne błędy?

- Hokej to sport drużynowy, ale pojedyncze błędy decydują o powodzeniu lub niepowodzeniu. Nie popełniliśmy ich więcej niż Ciarko. Rywale wygrali, bo byli skuteczniejsi. My stworzyliśmy kilka świetnych okazji, ale mieliśmy problem z trafieniem do bramki.

Może wynikało to ze zmęczenia?

- Na początku mieliśmy dużo sił, bo graliśmy na cztery ataki. Potem zaczęły pojawiać się kary, graliśmy trzema piątkami. Słabliśmy szybciej od przeciwników i niestety stanęliśmy.

Wszedł pan do drużyny niemal z marszu.

- Dokładnie, kontrakt podpisałem przecież tydzień przed finałami w Krakowie. Z drużyną odbyłem zaledwie dwa treningi, bo przyjechałem do Krakowa dopiero w Boże Narodzenie. Nie miałem więc czasu zgrać się z kolegami, ale starałem się realizować założenia taktyczne, które trener rozrysował nam przed spotkaniem. Wypadłem dość korzystnie, dobrze zacząłem, ale nie mogę być zadowolony. Po porażce nie mogę być i gol tego nie zmienia.

Cieszę się, że jestem w Cracovii, że Rudolf Rohaczek zwrócił na mnie uwagę po meczu barażowym, w którym grałem dla Stoczniowca Gdańsk. Nie mogłem odrzucić jego propozycji. Po jego telefonie długo się nie zastanawiałem, jaką podjąć decyzję.

Organizacja turnieju w Kraków Arenie okazała się sukcesem?

- Pierwszy raz w życiu zagrałem przed tak liczną publicznością, bardzo mi się podobało. Taki doping potrafi nieść nawet wtedy, gdy opadasz z sił. Kibice byli naszym siódmym zawodnikiem.

Wcześniej występował pan już w ekstralidze. Dlaczego ostatnio grał tylko w I lidze w Gdańsku?

- Postanowiłem pomóc amatorskiej drużynie w powrocie do elity. Ustaliliśmy z drużyną, że nie będziemy brać pieniędzy za grę, by jakoś przetrwać ten sezon i odbudować klub. Fundusze były tylko na sprzęt i wyjazdy na mecze. Wszyscy zawodnicy pracowali więc zawodowo. Ja np. codziennie od godz. 9 do 16 siedziałem za biurkiem.

Czym się pan zajmował?

- Pracowałem w Lechii Gdańsk na stanowisku specjalisty ds. marketingu. Wcześniej ukończyłem studia o tej specjalności.

W takim razie w Cracovii mogą mieć z pana pożytek nie tylko na lodzie, ale i w dziale marketingu.

- Jeżeli będzie taka możliwość, to nie ma problemu. Chętnie pomogę (śmiech).

Rozumiem, że zrezygnuje pan z pracy w Gdańsku?

- Postanowiłem jeszcze trochę pogonić za sportową karierą i odłożyć na bok pracę. Cracovii się nie odmawia.

Pucharu Polski nie udało się obronić. Może nowy rok będzie lepszy dla Cracovii.

- Nie pozostaje nam nic innego jak znaleźć się w finale ekstraligi i walczyć o złoto. Naszym celem jest mistrzostwo Polski. Mamy nadzieję, że uda nam się ten cel osiągnąć.

BRAŁEM PO 3-4 TABLETKI DZIENNIE... [WYWIAD]


Więcej o: