Czeskie ręce załatwiają hokejowe medale [WYWIAD Z RUDOLFEM ROHACZKIEM]

- Kiedyś zamiast treningu urządziłem wycieczkę. Kibice zaczęli wariować. ?Co ten Rohaczek robi, skatuje ich!?. Poszła fama, że biegamy przez sześć godzin po lesie. A jedliśmy grochówkę - opowiada Rudolf Rohaczek.
Facebook? » | A może Twitter? »


ROZMOWA Z

RUDOLFEM ROHACZKIEM,

trenerem Comarch Cracovii

O prowadzonych przez niego treningach krążą legendy. Szkoleniowiec z Ostrawy z hokejową Cracovią zdobył pięć złotych, dwa srebrne i dwa brązowe medale mistrzostw Polski. 10 listopada minęło 10 lat, odkąd pracuje w Krakowie.

Jarosław K. Kowal: Dlaczego tak rzadko się pan uśmiecha?

Rudolf Rohaczek: Cóż, każdy jest inny. Niektórzy śmieją się cały czas, a inni dużo mniej. Może za dużo rozmyślam?

Podobno hokeiści z tego powodu mawiają o panu "Cytryna".

- W twarz mi nigdy tego nie powiedzieli, ale dobrze wiem, że tak jest. Mamy wolność słowa i każdy może mówić, co chce. W ogóle mi to nie przeszkadza.

W Krakowie chyba nie jest tak źle, skoro spędził pan tu 10 lat?

- W żadnym wypadku! 12 lat temu stworzono tu dobre warunki dla hokeja, a z wyraźną niechęcią mieszkańców nigdy się nie spotkałem. Widzę za to, jak Polska się rozwinęła przez te wszystkie lata. Przyjeżdżają do mnie znajomi z USA albo zachodu Europy i wszyscy są Krakowem mile zaskoczeni.

Gdzieś przeczytałem, że Czesi czują się jednak lepsi od Polaków...

- Jest powiedzenie o czeskich rękach, które do Polaków też pasuje. Wszystko potrafią załatwić... Nie widzę zresztą wielkich różnic między naszymi narodami. Dziś Polacy często przyjeżdżają do nas na piwko i knedle, a kiedyś my jeździliśmy na słynne polskie targi do Katowic. Kiedy przekraczaliśmy granicę, czescy celnicy nas od razu puszczali, a polscy dokładnie przeszukiwali. Kiedy wracaliśmy, było odwrotnie. Dziś młodzi ludzie z obu krajów nie mają wobec siebie uprzedzeń.

Pan nie wygląda na stereotypowego roześmianego Czecha. Ciągnie się za panem opinia, że rządzi pan w drużynie twardą ręką.

- Wzięła się chyba jeszcze z czasów, kiedy byłem trenerem KTH Krynica. Zastałem tam młodych chłopaków, tuż po szkole mistrzostwa sportowego. Wychodzę z założenia, że przygotowanie fizyczne to podstawa, a tam była masakra. Niektórzy po treningach zasypiali w szatni, nawet nie zdążyli się przebrać. Do dziś to wspominają. Kondycja to podstawa. Ostatnio w dwóch meczach przegrywaliśmy 0:3, a wygraliśmy. Tak samo bywało w finałach z GKS-em Tychy. Rywale mieli lepszy zespół, a jednak wygrywaliśmy. Bo byliśmy lepiej przygotowani. Twardej ręce zawdzięczam sukcesy.

Hokej to szkoła życia?

- Powiedziałbym raczej, że to moje życie. A sport generalnie uczy dyscypliny.

A pan jest surowym nauczycielem. To prawda, że byli hokeiści, którzy woleli rzucić hokej, niż trenować u Rohaczka?

- (śmiech ) Doszły mnie takie słuchy. Nie będę rzucać nazwiskami, bo potem będę musiał przepraszać jak politycy. Jednak kiedyś zależało nam na pewnym zawodniku. Dostał kontrakt in blanco. Powiedzieliśmy: "sam sobie wpisz, ile chcesz zarabiać". A on na to, że woli zostać w swojej drużynie. I tak będę powtarzał, że bez ciężkiej pracy nie ma wyników. Niektórym wszystko przychodzi gładko, ale większość ludzi musi zasuwać. To dotyczy nie tylko hokeja.

Nic dziwnego, że o pana treningach krążą legendy.

- Kiedyś, jeszcze w Krynicy, masażysta przyszedł do mnie i powiedział, że zawodnicy proszą o skrócenie treningu, bo chcą jechać na weekend do domu. No to skróciłem do 50 min. Tyle że kazałem im bez przerwy jeździć bez krążka: w lewo, w prawo, w lewo, w prawo... I tak w kółko. Ostatecznie po prostu padli na lód. A na koniec okazało się, że śpieszyło się masażyście, a nie zawodnikom. Byli na niego wkurzeni!

Często słyszał pan głosy sprzeciwu?

- Zawsze próbowaliśmy się dogadywać, bo zawodnicy to nie są niewolnicy. Jednak praca musiała być zrealizowana. Jak jeden dzień był luźniejszy, to w kolejny dokładaliśmy. W drużynie nie wszyscy muszą lubić trenera, to jasne, ale każdy ma wybór i może robić co innego.

Żaden trener piłkarskiej Cracovii nie miał takiego zaufania Janusza Filipiaka jak Rudolf Rohaczek

Za co u pana się wylatuje z drużyny?

- (chwila zastanowienia ) Z dyscyplinarnych względów wyrzuciliśmy przez te 10 lat niewielu zawodników. Raz rozwiązaliśmy kontrakt z powodu alkoholu.

Rozumiem, że nie z powodu jednego piwa?

- Nie, gość był po prostu pijany. A trzeba wiedzieć, kiedy jest czas na pracę, kiedy na zabawę. Jak ktoś za pierwszym razem zostanie przyłapany, płaci karę finansową, naprawdę duże pieniądze. Jak zostanie przyłapany po raz kolejny, wiadomo, wylatuje.

Więc kiedy można się napić?

- Jedno piwo nikomu nie zaszkodzi. Tylko nie od razu po meczu, bo wtedy jest czas na regenerację. Ale jak terminarz pozwalał, to organizowaliśmy imprezy integracyjne i od razu atmosfera w drużynie się poprawiała.

Słyszałem o wycieczkach, które pan organizował...

- Znów wracamy do czasów, kiedy pracowałem w Krynicy. Kiedyś zamiast na trening pojechaliśmy do lasu (śmiech ). Kłopot w tym, że na nasze treningi zawsze przychodziło kilku kibiców. Długo nie wracaliśmy, więc zaczęli wariować. "Co ten Rohaczek robi, skatuje ich w tym lesie". A to była jedna z imprez integracyjnych! Było ognisko i grochówka wojskowa. Mimo to poszła fama, że to był sześciogodzinny trening w lesie.

Słynny był też wypad na kajaki z hokeistami Cracovii. Popłynęliśmy z ośrodka przy ul. Kolnej pod Wawel i z powrotem. Niektórzy dopływali dwie godziny po pierwszym zawodniku, bo nie każdy umiał sobie poradzić z kajakiem i płynąć po prąd.

Wymiotowanie po treningach?

- Zdarzało się. Niektórzy mówili, że nigdy tak ciężko nie trenowali i nie mogą grać. Jak to? Jak po treningu nie mogą, to kiedy będą mogli? Raz przyjechał zawodnik z Norwegii. Powiedział, że on tak trenować nie da rady, i się rozstaliśmy.

Trafił na wyjątkowo ciężkie treningi?

- E tam, na standardowe. Tyle że był sierpień, a to taki okres, że musi być ciężko.

Jako hokeiście zdarzały się panu występki, których po latach, jako trener, by pan nie wybaczył?

- To była rosyjska szkoła. Ciężary się podnosiło, dużo biegało. Gdyby na taki trening człowiek przyszedł po imprezie, nie wytrzymałby i by się przewrócił. A jakim byłem hokeistą? Trudno mówić samemu o sobie, ale twardym. Grałem na obronie, nie jeździłem doskonale na łyżwach, więc dużo podawałem.

Wiele od tamtych czasów się nie zmieniło. 30 lat temu grało się krążkiem i za 20 lat będzie tak samo. I zawsze najważniejsze było przygotowanie. To jest alfa i omega tego sportu, bez kondycji nie ma wyniku. Nieprzygotowani możemy sobie grać o czapkę gruszek, ale nie o medale w polskiej lidze

A jakby miał pan piłkarzy trenować?

- (śmiech ) Nie chciałbym mówić o tym, jak pracuje się w polskiej lidze, bo nie będę się wymądrzał. Wszyscy są jednak zachwyceni Zachodem. Pytają: "jak to możliwe, że zagraniczni piłkarze tak szybko biegają?" itp. Wiadomo, technika jest istotna, ale do znudzenia będę mówił, że fundamentem jest kondycja. Zdarza się, że piłkarze z naszej ligi wyjeżdżają na Zachód i padają, bo nie są gotowi do takiej pracy. Słyszałem, że trener musi wyganiać Cristiano Ronaldo z siłowni. A w Polsce, nie mówię o Cracovii, piłkarz powie: "a po co mi siłownia?"

Spodziewał się pan, że tyle czasu spędzi w Krakowie?

- W ogóle się nie spodziewałem! W dodatku tak szybko uciekł ten czas... Czy żona nie narzeka? E tam, do Ostrawy dojadę dziś w niecałe dwie godziny. Zresztą przez tyle lat musiała się przyzwyczaić.

ARTUR SZPILKA, CZYLI ŁOBUZ, WIĘZIEŃ, CELEBRYTA [REPORTAŻ]


Co hokeiści Comarch Cracovii osiągną w przyszłym sezonie?