Łukasz Mierzejewski: Nie jest pupilem Smudy

- Nie jestem nawet kandydatem do reprezentacji Polski, ale zaledwie jednym z testowanych. Przede mną jeszcze długa droga - przekonuje Łukasz Mierzejewski, obrońca Cracovii, podstawowy zawodnik kadry podczas turnieju o Puchar Króla Tajlandii


Wicemistrz (do lat 16) i mistrz Europy (do lat 18) na debiut w reprezentacji seniorów czekał dziewięć lat. W Tajlandii wystąpił trzy razy, ale prawdopodobnie mecz z Danią nie zostanie uznany za oficjalny.

Szymon Opryszek: Jakie to uczucie zadebiutować w reprezentacji?

Łukasz Mierzejewski: Nie było specjalnego stresu i tremy przed wyjściem na boisko. Raczej poczułem wielką motywację. Stanąłem przed szansą, by znów włożyć koszulkę z białym orłem. Ostatni raz wystąpiłem w reprezentacji młodzieżowej bardzo dawno temu.

Po występach w Tajlandii chwalił Pana nawet selekcjoner.

- Bez przesady. Trener powiedział o mnie dosłownie kilka słów. Oczywiście pozytywne opinie cieszą każdego, także mnie. Sam siebie nie oceniam, wolę spojrzeć na swoje mecze z perspektywy czasu. Pewnie znalazłoby się kilka błędów, ale też pozytywów.

Grał Pan odważnie i ofensywnie. To lekceważenie azjatyckich rywali, czy chęć pokazania się Smudzie?

- Jestem obrońcą i przede wszystkim musiałem rozbijać ataki rywali. Większych błędów chyba nie popełniłem. W dzisiejszym futbolu obrońcy też muszą ryzykować, więc starałem się grać dynamicznie. Kilka akcji wyszło, więc cieszę się z tego. O wiele lepiej szło mi na tle odstającego Singapuru niż Duńczyków czy Tajów. To też daje do myślenia.

Smuda jest chyba dla Pana jak ojciec.

- Nie przesadzajmy. Spotkaliśmy się w Legii i Zagłębiu Lubin i rzeczywiście przekwalifikował mnie z napastnika na obrońcę, a także dał szansę debiutu w reprezentacji. Mamy jednak normalne relacje zawodnik-trener. Nie łączy nas jakaś specjalna więź. Zresztą w drużynach prowadzonych przez Smudę nie ma pupilków. Każdy musi równie mocno pracować, a do treningów na zgrupowaniu przystępował z czystą kartą.

Pańscy reprezentacyjni rywale na pozycję prawego obrońcy muszą drżeć?

- Na razie nikt nie może być pewny gry w reprezentacji. Nawet nie mam prawa mianować się kandydatem, byłem tylko jednym z grupy testowanych. Może na kolejne spotkania Smuda powoła całkiem inną dwudziestkę zawodników. Trener ma czas na testowanie.

Paradoksalnie powołanie może pokrzyżować Panu szyki w przygotowaniach do ligi.

- Wróciłem do Krakowa, miałem już dwa treningi z kolegami z Cracovii. O ile przed wyjazdem słyszałem docinki typu "reprezentant", o tyle teraz było spokojnie. Mam motywację do nadrabiania zaległości, bo Smuda powtarzał, że u niego grają ci zawodnicy, którzy występują systematycznie w klubach.

A u Lenczyka grają ci, którzy przepracują obóz przygotowawczy...

- Nie ma obaw, nadrobię zaległości. Na razie walczę ze zmianą klimatu. 50 stopni różnicy między Tajlandią a Polską robi wrażenie. Mam silny organizm, poza tym mróz mi nie przeszkadza. Bardziej od pogody w Polsce przeszkadzały mi tajskie upały i bardzo wilgotne powietrze.

Wróci Pan kiedyś do Tajlandii na wakacje?

- Nie było czasu na zwiedzanie kraju. Dostaliśmy jeden dzień, więc pojeździliśmy po Bangkoku. Dzielnice biedy przeplatają się z bardzo bogatymi, wręcz nowoczesnymi osiedlami i częścią biznesową. Na słynne tajskie plaże nie dotarliśmy, imprez też nie było. Reprezentacja to dla każdego wielkie wyróżnienie, więc skupialiśmy się tylko na niej.