Lenczyk: Nie należę do polskiej myśli szkoleniowej

- PZPN okupują ludzie, którzy byli w przeszłości selekcjonerami, ale dlaczego później nie pracowali już w żadnym klubie? Ta polska szkoła trenerska powinna być rozrywana przez pracodawców - przecież byli tacy mądrzy, tacy współcześni, tacy wizjonerscy - ironizuje Orest Lenczyk w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.
W rozmowie z dziennikarzem "Gazety Wyborczej" i Sport.pl Lenczyk krytykuje Polski Związek Piłki Nożnej i poprzednich trenerów reprezentacji.

- Chciałbym zapytać wszystkich, którzy są teraz blisko piłki, czego oni dokonali w ostatnich dziesięciu czy nawet dwudziestu latach? Pomijam dwa awanse na mistrzostwa świata i jeden na Euro, zresztą jak skończyły się dla Polski te turnieje, wszyscy widzieli. Już od wielu lat mówię, z czego wynikają te niepowodzenia, że polska reprezentacja nie jest odpowiednio przygotowana, dlaczego tak się dzieje, co trzeba zrobić. Jaki sens mają dyskusje, czy gramy 4-4-2, czy 1-8-2. Jaki sens ma to pieprzenie, skoro zawodnicy nie mają siły? - irytuje się trener Cracovii.

Przemysław Iwanczyk: Bijąc w polską myśl szkoleniową, zamyka pan sobie drogę do kadry.

- Ale moja myśl już od wielu lat odbiega od większości polskich trenerów. Jeśli używa pan sformułowania "polska myśl szkoleniowa", to ja do niej nie należę. Ubolewam, że w kursokonferencjach, w których zabierałem głos, zaledwie garstka trenerów rozumiała, co do nich mówię, i przyznawała mi rację. Ci, którzy podporządkowywali się polskiej myśli szkoleniowej, są tam, gdzie są. Obecny prezes PZPN też był kiedyś trenerem. Mogę żałować, że w Olimpii Poznań, tworze, który w pewnym czasie się skompromitował. W porównaniu z nim ja pracowałem w naprawdę zacnych klubach i pracowałem zupełnie inaczej. Nie robię z siebie mądrali, wiem, jakich piłkarzy mam do dyspozycji. Ale zawsze widzę szansę gry na coraz wyższym poziomie.

Krótko mówiąc, chce pan do kadry.

- To, o czym rozmawiamy, jest w jakiś sposób moją wizją pracy z reprezentacją. Nie wyobrażam sobie, by selekcjoner nie spotykał się z trenerami klubowymi. Przez ponad dwa lata Beenhakker i jego sztab mnie ignorował, mimo że korzystał z piłkarzy, z którymi na co dzień pracowałem. Selekcjoner obstawił się jednym młodym polskim trenerem, którego na siłę wsadził mu PZPN. Tak go Beenhakker szkolił, że wylecieli obaj. Zmierzam do tego, że na początku trzeba zakończyć wojnę na górze. Zrobić coś, żeby media nie miały w dupie słów Lenczyka, spijając wszystko, co wypowie Jan Tomaszewski.

Idę dalej i pytam: PZPN okupują ludzie, którzy byli w przeszłości selekcjonerami, ale dlaczego później nie pracowali już w żadnym klubie? Ta polska szkoła trenerska powinna być rozrywana przez pracodawców - przecież byli tacy mądrzy, tacy współcześni, tacy wizjonerscy.

Nie jestem człowiekiem Grzegorza Laty, nie jestem człowiekiem Antoniego Piechniczka, nie jestem człowiekiem Jerzego Engela. Ale jest wielu, powtórzę - wielu, którzy od lat uważają, że to ja powinienem być trenerem kadry. Tyle że nie bywam tam, gdzie zapadają decyzje. Gdzieś za kulisami, gdzie różne rzeczy się przygotowuje i załatwia.

Ktoś z PZPN kontaktował się z panem?

- Przecież mówiłem: nie jestem ich człowiekiem, to po co mieliby ze mną rozmawiać?

Nie widzę szans, by porozumiał się pan z Grzegorzem Latą i jego świtą.

- Trenerem się jest, prezesem się bywa. Na pewno nie pracowałbym w myśl zasady: udowodnić, że wszystko co związane z Beenhakkerem było złe. Zacząłbym od spotkań z trenerami naszych kadrowiczów, nie tylko w Polsce. Jadąc do zaranicznych klubów, nie siedziałbym tylko na trybunach, tylko rozmawiał, pytał, jak wygląda ich cykl treningowy, co się dzieje, że wyjeżdżają z Polski i po miesiącu trafia ich szlag.

Ludzie, mamy dwa i pół roku do Euro! Postawmy na młodych piłkarzy, kujmy żelazo póki gorące. Jest wielu 20-latków w lidze, którzy idą w górę. Ledwie po dwóch miesiącach pracy w Cracovii mogę powiedzieć, że jest tam perspektywiczny, urodzony w 1990 r. Mateusz Klich. Nie mówię, żeby brać go od razu do pierwszej kadry, ale otoczmy jego i jemu podobnych opieką, pielęgnujmy ich.

Czy krytykowany zewsząd PZPN byłby dla Lenczyka selekcjonera problemem?

- Trzeba zacząć od okręgów, tam to dopiero trzeba by stoczyć wojnę z ludźmi, co tak niby piłkę kochają. Niektórzy trzymają się stołków jak wesz kożucha. Nie odejdą, bo są uwikłani w jakieś dziwne powiązania. Jestem przekonany, że trzeba postawić na młodych, takich, którzy znają się na marketingu, na szkoleniu. Gdzie nie przychodzę do pracy, wszyscy się mnie boją. A bać się przecież powinni złodzieje. Później mówią mi: panie, z panem to się ekstra pracuje.

Z rzecznikiem PZPN Januszem Atlasem też pracowałoby się ekstra? Byłby pana reprezentantem w mediach.

- Pan chyba żartuje. Byłby ogromny problem, bo ja nie piję.

Przeczytaj cały wywiad z Orestem Lenczykiem »