Sport.pl

Legia - Cracovia 0:0. Im strzelać nie kazano

Jeden gol z rzutu wolnego w dwóch ligowych meczach - koszmar nieskutecznej Legii z poprzedniego sezonu wraca. Kontuzjowany Takesure Chinyama zacznie grać dopiero we wrześniu.
Skórt meczu Legia - Cracovia »

Poza pierwszym meczem z Zagłębiem Lubin (4:0) drużynie Jana Urbana strzelanie bramek idzie jak po grudzie. Nie ma komu zastąpić reprezentanta Zimbabwe, króla strzelców ubiegłego sezonu. Chinyama denerwował nieporadnością, nonszalancją i egoizmem, ale bramki strzelał jak na zawołanie.

Nie miał zastępcy w poprzednim sezonie, więc latem do Legii wrócił Marcin Mięciel. Wyzdrowiał również Sebastian Szałachowski i wydawało się, że spowodowana urazem kolana nieobecność Chinyamy nie będzie aż tak wielkim problemem jak w poprzednim sezonie. Jest.

Mimo że podczas przygotowań Szałachowski strzelał gola za golem (siedem), w ekstraklasie i w meczach z Broendby się zaciął. Rzucany ze skrzydła na pozycję za napastnikiem nie może odnaleźć drogi do bramki.

Mięciel nigdy nie był łowcą goli. Kiedy odchodził z Legii - w sezonie 2000/01 strzelił 13 bramek w 29 spotkaniach. Wcześniej i później jeszcze tylko w jednym sezonie zdobył więcej niż dziesięć - w PAOK-u Saloniki miał 14 trafień w 29 występach sezonu 2006/07.

Teraz jest bez formy. W meczu z Cracovią był niewidoczny. Cofał się po piłkę do środka boiska, robił z przodu miejsce Piotrowi Gizie albo Maciejowi Iwańskiemu. W efekcie nie doszło do niego ani jedno podanie ze skrzydła. Prostopadłej piłki również nie dostał. Grał słabo, nie miał nawet szansy, by wykorzystać bądź zmarnować jakąkolwiek okazję.

Jego zmiennik Adrian Paluchowski biegał, ale grał głównie tyłem do bramki. Po świetnym pierwszym meczu, w którym strzelił Zagłębiu dwa gole i miał asystę, szybko zgasł. Wróciła więc dyskusja, czy w ogóle nadaje się do ataku Legii. Urban daje mu szansę, ale wymaga zdecydowanie więcej, niż 22-letni napastnik pokazuje. I dlatego stawia na doświadczenie 34-letniego Mięciela bez formy, a nie kapryśną formę Paluchowskiego.

Legia nie wygrała w sobotę, choć była lepsza. Ale po raz kolejny popełniła grzech pychy. Wyszła na boisko przekonana o swojej wyższości. Zlekceważyła przeciwnika, który tydzień wcześniej przegrał z Lechią 2:6 i który do soboty miał zero punktów oraz osiem straconych goli.

W pierwszej połowie Legia miała swoje sytuacje, ale jej najlepszym zawodnikiem był Jan Mucha, który dwa razy bronił w sytuacjach sam na sam. Trener Urban od początku przeczuwał, że trzeba będzie dodatkowo mobilizować swoich graczy - nie usiadł na ławce ani na moment. Stał przy linii i krzyczał. Pod koniec spotkanie wściekły na ich nieudolność ciskał butelką z wodą o ziemię albo demonstrował "na sucho", jak powinni podawać jego piłkarze. Ci ani razu nie umieli zagrać tak, jak chciał trener.

Po przerwie Legia zdominowała krakowian, którzy najprostszymi metodami bronili wyniku 0:0. Wybijali piłkę do przodu i Legię z rytmu. Z minuty na minutę warszawianie grali coraz bardziej nerwowo. Tydzień temu podobnie wyglądał mecz w Gdyni. Tam w końcówce błysnął strzałem z wolnego Maciej Rybus. W sobotę 21-letniemu skrzydłowego zabrakło szczęścia - pięć minut przed końcem trafił w słupek z kilku metrów.

52 - tyle goli Legia strzeliła w ubiegłym sezonie

19 - tyle z nich uzyskał Takesure Chinyama

5 - tyle strzelił drugi najskuteczniejszy zawodnik Piotr Giza

Wudu winne klęski Lecha? Brożek przełamany, Wisła liderem!
Remis Legii, wygrana Wisły - o 3. kolejce czytaj tutaj >