Listkiewicz junior nie chce być sędzią za 40 złotych

Przed meczem spiker cicho przeczytał jego nazwisko, więc obyło się bez drwin i uszczypliwości. Ale już kilka razy usłyszał, że sędziuje w ekstraklasie dzięki ojcu. - Ludzie lubią sobie podworować - przyznaje Tomasz Listkiewicz, sędzia liniowy i syn byłego prezesa PZPN-u.
Ruch nie Real, więc Wisłę pokonał

To zakrawało na celowe działanie. W meczowych składach zrobiono literówkę i zamiast syna "tego" Listkiewicza z chorągiewką biegał "Liskiewicz". O jego obecności za głośno nie wspominał też spiker, co mogło uratować go od fali wyzwisk, gdy dochodziło do kontrowersyjnych sytuacji. - Wszystko zależy od stadionu i spikera. Jak przeczyta nazwisko głośno i wyraźnie, to czasem zbiera się fanklub starszych panów, którzy lubią dogadywać. Czasem obrywa się za samo nazwisko - przyznaje Listkiewicz.

Kiedyś na meczu niższej ligi zagadnął go jeden z kibiców, który spodziewał się, że spotkanie sędziuje jego ojciec i krzyknął: "Powiedz temu idiocie Listkiewiczowi, że dwa razy się pomylił!". Ale za nazwisko obrywa mu się nie tylko od kibiców. W środowisku spotykał się z opiniami, że jest promowany na siłę, trzy grosze dołożyły też tabloidy. - Czasami zarzucano mi pomoc taty - przyznaje.

Tomasz jest najstarszym synem Listkiewicza. Podobnie jak ojciec pasjonował się koszykówka, grał w Polonii Warszawa. Do wybitnych zawodników jednak nie należał, więc postawił na studiowanie nauk politycznych. Siedem lat temu zapisał się na kurs sędziowski. -To był sposób, by pozostać przy ukochanym sporcie. Taty nigdy mnie nie zachęcał. Bo przecież syn pianisty nie musi być muzykiem - porównuje pan Tomasz.

Listkiewicz junior nie analizuje meczów z ojcem. Sam potrafi wychwycić błędy, a później długo myśli skąd się biorą. Choć czasem ojciec udzieli fachowej rady. - Na przykład mówi, żebym wziął poprawkę, że mózg potrzebuje czasu, by przetworzyć informację. Gdy widzę zawodnika na dwucentymetrowym spalonym, to znaczy, że na pewno go nie było - opowiada Listkiewicz junior.

Mimo że ojciec odłożył gwizdek 12 lat temu, to syn widział go w akcji. Jeździł na jego spotkania, był na paru meczach zagranicą. Uważa jednak, że tamtego sposobu sędziowania nie da się porównać z dzisiejszym. Wtedy liniowy miał bowiem inne uprawnienia i mniej współpracował z sędzia głównym. - Czasem usłyszę od kibica, że jestem gorszy od ojca. To nic obraźliwego, bo tata sędzią był bardzo dobrym.

Michał Listkiewicz wysoko zawiesił poprzeczkę synowi: dwanaście lat sędziowania meczów międzynarodowych, udział w mistrzostwach Europy i świata. W 1990 roku jako jedyny Polak sędziował finał mundialu. - To marzenie każdego arbitra i mój cel. Choć gdy kiedyś to powiedziałem, to jedna stacja radiowa miała niezły ubaw - wspomina młody Listkiewicz. - Jedni sędziują mecze tylko po to, by dorobić 40 zł ryczałtu, ale ja traktuję to poważnie i chcę być jak najlepszy.

Mecz Cracovia - Jagiellonia był 11. spotkaniem Tomasza Listkiewicza w ekstraklasie i jednym z najbardziej burzliwych. Piłkarze obejrzeli osiem kartek, a dwóch zawodników gości opuściło boisko przed czasem: Dariusz Łatka za dwa nieprzemyślane zagrania, a Ensar Arifović za kopnięcie piłki w jednego z trenerów Cracovii i... pociągnięcie za nos kierownika drużyny Cracovii. - To był nietypowy mecz, ale o zasadności czerwonych kartek może mówić tylko arbiter główny - zaznacza z powagą w głosie Listkiewicz.

Marcin Wróbel, sędzia główny sobotniego meczu: - Cały zespół sędziowski został pochwalony przez obserwatora.