Sport.pl

Grzegorz Sandomierski pilnuje, by zaspokoić apetyty kibiców Cracovii

Grzegorz Sandomierski raz w końcówce sezonu stracił miejsce na podium ekstraklasy. Medal z rąk wytrąciła mu... Cracovia. Teraz chce dopilnować, by historia z Białegostoku się nie powtórzyła.

Chcesz więcej? Polub Kraków - Sport.pl



Ostatnie dni to dla krakowian huśtawka nastrojów. Najpierw był niepokój, bo po raz pierwszy w tym sezonie drużyna przez sześć kolejek nie potrafiła wygrać. Potem ulga, bo złą serię udało się przerwać z Zagłębiem Lubin. A później zawód po tym, jak piłkarze Legii zmietli ich z murawy, a trener Jacek Zieliński bez ogródek przyznał, że Cracovia nie jest gotowa na puchary.

Mimo wszystko przy Kałuży nie rezygnują z walki o miejsce na podium. - Dalej patrzymy w przyszłość z optymizmem - zapewnia Sandomierski.

Jemu na tym, by nie zaprzepaścić szansy na finiszu rozgrywek, zależy podwójnie. Podobną historię przeżył jako gracz Jagiellonii, gdy jego drużyna w końcówce sezonu niemal straciła miejsce w europejskich pucharach.

W sezonie 2010/2011 białostoczanie zaskakiwali ekspertów podobnie, jak w tych rozgrywkach robi to Cracovia. Wcześniej drużyna zdobyła Puchar Polski, ale w lidze zajęła dopiero 11. miejsce. Nowy sezon rozpoczęła z przytupem. Jesienią była niemal nie do zatrzymania i po 15 meczach prowadziła w tabeli.

- Graliśmy fajną piłkę. Drużynie szło, mieliśmy wielkie poparcie kibiców, klubu i miasta. Jesienią wygraliśmy wszystkie mecze u siebie. Było podobnie jak w tym sezonie w Cracovii - wspomina Sandomierski.

Stracony motor

I tak jak w Krakowie, w Białymstoku pojawiły się marzenia o grze w europejskich pucharach. A wraz z nimi presja. - Były głosy, że idziemy na mistrza, ale trener i my sami je tonowaliśmy. Mieliśmy tylko dwa punkty przewagi nad wiceliderem i zdawaliśmy sobie sprawę, że szybko możemy ją stracić. Już po drugim wiosennym meczu spadliśmy na drugie miejsce i na fotel lidera już nie wróciliśmy - opisuje.

Dzisiejszą Cracovię i tamtą Jagiellonię łączy nie tylko słabsza forma na wiosnę. Zimą obie drużyny, zamiast wzmocnić się przed walką o puchary, straciły ważnych zawodników. Obie opuścili skrzydłowi. Teraz z Cracovii odszedł Deniss Rakels, wtedy Białystok na turecki Sivasspor zamienił Kamil Grosicki.

- To motory napędowe drużyny, bardzo skuteczni piłkarze. Szkoda, że w takich momentach oba zespoły zostały osłabione. Za Grosickiego przyszli zawodnicy, którzy nie do końca potrafili go zastąpić - mówi Sandomierski.

W Cracovii sprowadzeni zimą Anton Karaczanakow i Tomas Vestenicky też do tej pory nie weszli w buty Rakelsa.

Mimo wszystko jeszcze na dwie kolejki przed końcem Jagiellonia ustępowała w tabeli tylko Wiśle Kraków. Wtedy Sandomierski i spółka przyjechali na stadion Cracovii. Przegrali z gospodarzami 0:3 i spadli z podium.

- Pamiętam dokładnie ten mecz. To było dla nas trudne spotkanie. Zaczęło się od mojego błędu, gdy Mateusz Klich pokonał mnie strzałem z rzutu wolnego. Uderzył tam, gdzie stałem, a ja nie zareagowałem. Później wszystko posypało się jak domek z kart - opowiada bramkarz.

Tym razem nie zawieść

Jagiellonia skończyła sezon na czwartym miejscu. W Europie jednak zagrała, bo po Puchar Polski sięgnęła trzecia w tabeli Legia Warszawa. W tym roku może być podobnie - czwarta pozycja da miejsce w eliminacjach Ligi Europy, gdy puchar zostanie w stolicy. Będzie tak również przy zwycięstwie Lecha Poznań, jeśli skończy sezon w pierwszej trójce ekstraklasy.

- Wtedy w Białymstoku byliśmy rozczarowani, bo po cichu liczyliśmy na podium. Medal mistrzostw Polski na szyi, nawet brązowy, to fajne przeżycie. Na razie ani ja, ani większość chłopaków z Cracovii tego nie doświadczyliśmy. Wzajemnie się dopingujemy, by zrealizować ten cel - podkreśla Sandomierski.

Bramkarz ma nadzieję, że wnioski sprzed lat pomogą krakowianom uniknąć błędów Jagiellonii. Pomóc w tym może również system rozgrywek. Pięć lat temu ekstraklasa rozgrywała tylko 30 meczów i nie dzieliła punktów.

- Teraz łatwiej odrobić straty. Wtedy w końcówce sezonu nie graliśmy z żadnym zespołem z czołówki. Teraz mecze z liderem i wiceliderem są już za nami, ale gramy jeszcze z bezpośrednimi rywalami w walce o podium. Jeśli nie awansujemy do pucharów, sami będziemy sobie winni. Ale to my jesteśmy odpowiedzialni za rozbudzenie apetytów kibiców. Mam nadzieję, że uda nam się je zaspokoić - przekonuje.



Więcej o: