Sport.pl

Cracovia. Grzegorz Sandomierski po derbach: Nie miałem zbyt wiele roboty

-Brakuje nam stabilizacji, ale zwycięzców się nie sądzi. Udało nam się do końca zachować zimną głowę - podkreśla w rozmowie z krakow.sport.pl Grzegorz Sandomierski, bramkarz Cracovii.

Chcesz więcej? Polub Kraków - Sport.pl



Damian Gołąb: To były pana pierwsze derby Krakowa. Dało się wyczuć, że to był inny mecz niż zwykle?

Grzegorz Sandomierski: Skupiałem się wyłącznie na tym, co działo się na boisku. Od tego jestem, nie chcę komentować otoczki meczu. Na murawie było czuć, że to derby, bo gra była dosyć ostra i nie brakowało spięć. Cieszymy się, że udało nam się wygrać. Zwycięstwo na pewno pchnie nas dalej. Ważne, by podtrzymać passę, bo kolejny mecz już w środę. Musimy zrobić wszystko, żeby utrzymać formę, bo niewiele możemy już poprawić.

Mówił pan o spięciach - najgoręcej było chyba pod koniec meczu, kiedy przed pana polem karnym kilku piłkarzy niemal się pobiło.

- Nie wiem dokładnie, o co chodziło. To było zdecydowanie niepotrzebne, tym bardziej, że zostało parę minut do końca. Trzeba było zachować zimną głowę. Nam się to udało.

Panu niemal od początku towarzyszyły gwizdy, kibice zarzucali panu grę na czas. To przeszkadzało?

- Nie wpływało to na mnie, jestem do tego przyzwyczajony. Nie oczekiwałem od kibiców Wisły oklasków ani ciepłych słów.

Kiedy pan poczuł, że macie już trzy punkty w kieszeni?

- Dopiero po ostatnim gwizdku, chociaż wcześniej mieliśmy w końcówce rzut wolny w bocznym sektorze boiska. Kiedy go wybijałem, po cichu liczyłem sekundy do końca, wiedząc, że jest coraz bliżej wygranej.

Która interwencja była najtrudniejsza? Ta po rzucie wolnym Macieja Sadloka czy po "główce" Brożka?

- Nie wiem, czy strzał Maćka szedł w bramkę. Nie byłem jednak pewien, dlatego musiałem interweniować. Przez osiemdziesiąt kilka minut roboty nie było zbyt wiele, koledzy fajnie zachowywali się w obronie. Zablokowali kilka groźnych strzałów, chwała im za to. Ja jestem od tego, żeby w newralgicznych momentach im pomóc.

To był pana najlepszy mecz w Cracovii?

- Mam nadzieję, że najlepszy jeszcze przede mną. Nie dzielę spotkań na słabsze i lepsze. Wiadomo, że o tym będzie się mówiło dłużej niż o pozostałych, ale już w środę kolejne i na tym się skupiam. Teraz przed nami jeszcze cięższy mecz i musimy zachować pokorę.

Wasza linia obronna pierwszy raz zagrała w takim składzie. Tym większa była chyba rola bramkarza?

- To są doświadczeni chłopcy. Paweł Jaroszyński może trochę mniej, ale też ma fajne wejście do zespołu. Uważam, że nie było z tym wielkiego problemu. Nie możemy zagrać dwóch-trzech meczów tak samo zestawioną obroną, bo przeszkadzają nam kontuzje albo kartki. Brakuje nam stabilizacji, ale zwycięzców się nie sądzi.



Zwycięstwo w derbach świętowaliście w szatni w jakiś szczególny sposób?

- Cieszymy się po każdym zwycięstwie, bo ciężko na nie pracujemy. Chwila radości na pewno nam się należała. Zawsze świętujemy w kółku na środku boiska, nie chcieliśmy w ten sposób nikomu utrzeć nosa.

Jaka muzyka zagrzewała was dzisiaj do walki?

- Moja. Nie wypuściłem konsolety z rąk, chociaż Mateusz Cetnarski dorzucał trochę od siebie. To był remis ze wskazaniem na mnie (śmiech). Nie ma między nami walki o didżejkę, ale wygrywamy, więc nie zmieniamy muzyki.



Więcej o: