Sport.pl

Puchar Polski. Gol w 90. minucie i Cracovia bliżej półfinału

Rzutem na taśmę Cracovia wyrwała zwycięstwo nad Zagłębiem w Sosnowcu. Ale przed rewanżem nie może być spokojna o awans do półfinału Pucharu Polski.
Cracovia daje sygnały, że te rozgrywki w końcu nie są dla niej jak kula u nogi, tylko szansa na sukces. W poprzednich sezonach bywało różnie - np. w ubiegłym krakowianie odpadli po kompromitujących meczach z Błękitnymi Stargard Szczeciński, dlatego w tym chcieli za wszelką cenę uniknąć męczarni na każdym etapie rozgrywek.

Z tego powodu z Zagłębiem - podobnie jak w poprzednich meczach z Dolcanem w Ząbkach (3:2) i GKS-em w Katowicach (3:1) - trener Jacek Zieliński nie postawił na rezerwowych, tylko piłkarzy z pierwszego składu. Wolne dostał m.in. Bartosz Kapustka, więc od pierwszej minuty po boisku biegał Marcin Budziński. Jako prawy pomocnik zagrał tym razem Jakub Wójcicki, ale po półgodzinie musiał opuścić boisko z powodu kontuzji (zastąpił go Mateusz Wdowiak i później zaliczył asystę).

Do bramki wrócił Krzysztof Pilarz, który w ekstraklasie na grę Grzegorza Sandomierskiego musi ostatnio patrzyć z ławki rezerwowych. I zamiast dać trenerowi do myślenia, w pierwszej połowie popełnił szkolny błąd. Gdyby nie to, Zagłębie nie zdobyłoby wyrównującego gola. 35-letni bramkarz zachował się, jakby był co najmniej o dekadę młodszy, i po niegroźnym strzale odbił piłkę wprost pod nogę nadbiegającego Michała Fidziukiewicza. 24-letni napastnik, który przed trzema laty był na testach w... Cracovii, nie mógł nie skorzystać z prezentu.

Goście (głównie Pilarz) mogli pluć sobie w brodę, bo wcześniej wydawało się, że nic im nie grozi. Z początku łatwo można było poznać, kto gra w ekstraklasie, a kto w I lidze. Zagłębie co prawda jest liderem i ostatnio konsekwentnie wygrywa, ale tym razem nie próbowało wyjść przed szereg. Gospodarze głównie czekali na własnej połowie i liczyli, że może kontratakiem zaskoczą rywali.

Cracovia co prawda znów - tak jak w ekstraklasie - nie stwarzała doskonałych sytuacji co pięć minut, ale znów dostała nagrodę za cierpliwość. Kiedy w 22. minucie piłka wpadła do siatki Zagłębia, aż trudno było uwierzyć, że kolejni rywale dali się nabrać na ten sam schemat. Mateusz Cetnarski wrzucił piłkę z rzutu rożnego z chirurgiczną precyzją, a głową do siatki posłał ją Miroslav Covilo. O tym, że Serba w takich sytuacjach trzeba pilnować jak oka w głowie, wiadomo doskonale, a jednak na środku pola karnego stał sam jak palec.

W drugiej połowie gospodarze jakby zapomnieli, że są z niższej ligi, i rzucili Cracovii rękawicę. Efektowna wymiana ciosów skończyła się kilkoma niewykorzystanymi sytuacjami, które napędziły stracha i krakowianom, i sosnowiczanom. Za błąd z pierwszej połowy zdążył zrehabilitować się Pilarz, który regularnie odbijał piłki zmierzające do bramki.

- Cracovia sprawia wrażenie zadowolonej z wyniku. Bardziej chce uniknąć drugiej bramki, niż strzelić - mówił były piłkarz Andrzej Iwan, komentując mecz w Polsacie Sport. "Tak jest! Brawo! Brawo!" - krzyczał do swoich piłkarzy trener Artur Derbin, bo Zagłębie momentami było bliżej zwycięstwa.

Ale jednak decydujący cios zadała Cracovia. W 90. minucie głową piłkę do siatki posłał Deniss Rakels.

Na żywo nie mogli zobaczyć tego m.in. kibice z Krakowa, bo wojewoda śląski dzień wcześniej zamknął część Stadionu Ludowego.

Rewanż przy ul. Kałuży zostanie rozegrany 19 listopada.