Sport.pl

Jakub Wójcicki tylko w bramce nie stanie [WYWIAD]

W lidze chyba nie ma piłkarza, który grał na tylu pozycjach co ja. Wolałbym się do nikogo nie porównywać, a już do Łukasza piszczka to w ogóle mi wiele brakuje.
Jarosław K. Kowal: Jak mam o panu pisać?

Jakub Wójcicki: Przede wszystkim dobrze.

Więc musi pan dobrze grać!

- Będę się starał!

Mam pisać "obrońca"?

- Chyba tak, bo ostatnio grałem na prawej stronie defensywy i pod tym kątem też trenowałem i nabierałem nawyków. Wcześniej skakałem po pozycjach, różnie bywało. Np. przez prawie całą karierę byłem skrzydłowym i teraz też bym sobie poradził.

Na jakich pozycjach pan jeszcze nie grał?

- W poprzednim sezonie na wszystkich poza środkiem obrony. Wcześniej parę meczów rozegrałem jako napastnik, więc w ekstraklasie chyba nie ma piłkarza, który zaliczył tyle pozycji. Starałem się szybko przyzwyczajać do poszczególnych ról i chyba nie wyglądało to najgorzej. Czy nie ciągnie mnie do przodu? Pewnie, że tak, ale ostatnio nieźle funkcjonowałem w obronie, usłyszałem kilka pochlebnych opinii i niech tak zostanie.

Czasem nieśmiało porównują pana do Łukasza Piszczka, który też przeszedł drogę od ataku do obrony.

- Sam wolałbym się do nikogo nie porównywać, a już do Piszczka to w ogóle mi wiele brakuje. Raczej komentatorzy doszukiwali się jakichś podobieństw, ale trudno mi się odnieść. Oglądam mecze mocniejszych lig, staram się wyciągać coś dla siebie, jednak w młodości patrzyłem raczej na ofensywnych piłkarzy. Podziwiałem przede wszystkim Ronaldo, tego prawdziwego.

W bramce pan stanie?

- Nie, nie (śmiech ). Mamy dobrych bramkarzy.

W Cracovii jest wakat na lewej obronie...

- Na tej pozycji nie grałem zbyt wiele i nie mam pojęcia, jak by to było. Dopiero dołączyłem do drużyny i naprawdę trudno powiedzieć, jak to się ułoży. Rozmów, gdzie mógłbym grać, jeszcze nie było.

Po podpisaniu kontraktu od razu pojechał pan z drużyną na zgrupowanie. Pewnie szybko zgadnę, z kim pan mieszka w pokoju?

- To nie byłoby trudne. Nie ma co ukrywać, że było mi łatwiej, bo od lat znamy się z Grześkiem Sandomierskim [nowy bramkarz Cracovii - przyp. red.], razem występowaliśmy w Zawiszy. Przyjaźnię się też z Hubertem Wołąkiewiczem, ale inni też fajnie mnie przyjęli. Z niektórymi znam się jeszcze z I ligi, więc nie było problemu.

W ogóle dlaczego wybrał pan Cracovię?

- Nie ukrywam, temat tego klubu przewijał się nie tylko w tym okienku transferowym. Teraz była też m.in. możliwość wyjazdu za granicę, ale to nie była konkretna oferta, więc nie chciałem ryzykować. Wolę stabilizację. Z innych polskich klubów też miałem sygnały, ale Cracovia była najbardziej konkretna. Na ten wybór największy wpływ miała jednak końcówka poprzedniego sezonu. Zespół grał wtedy dobrą piłkę i wreszcie osiągał wyniki, które pokazywały jego potencjał.

Łukasz Skrzyński, dyrektor sportowy Zawiszy, mówi tak: "Kiedy na początku roku Kuba założył opaskę kapitana, dostał pozytywnego kopa". Ostatnich sześć miesięcy faktycznie było przełomowych?

- Powiedziałbym tak, gdybyśmy się utrzymali w ekstraklasie. A czy dostałem kopa? Siebie nie chciałbym oceniać, nie ja jestem od tego. W każdym razie starałem się wywierać większy wpływ na szatnię. Mimo to nie udało się osiągnąć celu. Zrobiliśmy sobie duże nadzieje, bo wyniki na początku rundy wiosennej były super. W kluczowych momentach zabrakło jednak kropki nad "i". Boli mnie to bardzo, bo długo byłem w klubie z Bydgoszczy, ale mam nadzieję, że Zawisza się podniesie i szybko wróci do ekstraklasy.

Z panem odeszło już ponad 10 graczy.

- Słyszałem, że są chęci ściągnięcia kilku ciekawych zawodników, by podjąć próbę powrotu do ekstraklasy.

W Krakowie chyba jeszcze nie zdążył się pan rozgościć?

- Nie, dopiero po zgrupowaniu będę szukał mieszkania. Chcę tu jak najszybciej sprowadzić żonę i prawie dwuletniego synka. Wtedy nic innego nie będzie mi głowy zaprzątać.

Więcej o: