Sport.pl

Grzegorz Sandomierski: Mam nadzieję, że Cracovia powalczy o coś więcej [WYWIAD]

- Wiem, że nikt za darmo mi nic nie da. Kiedyś miałem inne podejście, ale to się zmieniło - zapewnia bramkarz Grzegorz Sandomierski, który najprawdopodobniej podpisze kontrakt z Cracovią.
Ekskluzywne materiały i ciekawostki o Wiśle tylko na Facebooku Kraków - Sport.pl »

Kraków.sport.pl: Jaka była pana droga do Cracovii?

Grzegorz Sandomierski: - Jeszcze w trakcie sezonu dochodziły do mnie słuchy, że w Krakowie się mną interesują, ale wtedy się nad tym nie rozwodziłem. Zainteresowany był jeszcze inny polski klub, ale nie chcę o tym mówić. Najbardziej zabiegała Cracovia, telefony były dość częste i dało się wyczuć, że klub jest na mnie zdecydowany. Nie chciałem więc tego wszystkiego przeciągać. Pierwszy telefon odebrałem zresztą już dzień po zakończeniu sezonu. Ale wtedy w głowie jeszcze miałem ostatni gwizdek sędziego, chciałem się wyciszyć, pewne sprawy poukładać w głowie. Dlatego wszystko trwało dwa tygodnie. W Cracovii buduje się jednak coś fajnego, co odczułem na własnej skórze [wiosną w dwóch meczach piłkarze z ul. Kałuży strzelili Sandomierskiemu sześć bramek - przyp. red.]. Widać rękę trenera i mam nadzieję, że powalczymy o coś więcej. Nie mówię, że od razu o puchary czy mistrzostwo, ale na pewno o grupę mistrzowską

Jak pan oceni swoją grę w poprzednim sezonie?

- To była sinusoida. Dołączyłem do Zawiszy Bydgoszcz półtora tygodnia przed startem rozgrywek i nie miałem dobrego okresu przygotowawczego. To wpłynęło na słabszą grę. Przez dwa miesiące siedziałem na ławce, a to pozwoliło mi oczyścić głowę i potem przyszły efekty. I forma przyszła, choć kilka meczów wiosną mogło być lepszych.

W wywiadach sugerował pan, że wcześniej trochę zbyt pochopnie podjął decyzję o wyjeździe za granicę.

- Staram się z tego wyciągać pozytywy. Gdybym wtedy został w Jagiellonii jeszcze przez rok, nie wiadomo, co by się stało: czy byłbym dalej w formie, czy nie doznałbym kontuzji... Może okazja do wyjazdu już by się nie powtórzyła, więc chciałem spróbować. Wydawało się, że jestem gotowy, i tak naprawdę myślałem, że w Genku od razu wskoczę do pierwszego składu. Było inaczej i potem próbowałem ratować się wypożyczeniami. Każdą decyzję podejmowałem z myślą o tym, by grać, ale nie wszystko poszło tak, jak bym sobie życzył. Mimo wszystko fajnych momentów nikt mi nie odbierze: m.in. występów w Lidze Europy i otarcia się o Ligę Mistrzów z Dinamem Zagrzeb. Miałem okazję trenować ze znanymi piłkarzami, jak choćby Nuno Gomes. Plusiki są, choć całokształt maluje się w negatywnym świetle. Jechałem, by zaistnieć, a nie po to, by tylko trenować i zarabiać.

Gdzie nauczył się pan najwięcej?

- Z każdego wyjazdu wyciągnąłem trochę nauki. Fajnie było zagrać w Championship. Kiedy inni w Blackburn byli kontuzjowani, powierzyli mi rolę pierwszego bramkarza. Czuć było, że wierzą we mnie. W Anglii w ogóle bardzo dobrze się czułem. W klubie robili wszystko, by pomóc zawodnikowi. Dobrze wspominam też atmosferę na stadionach. Po złapaniu łatwej piłki, po najprostszym wybiciu słyszałem brawa. O fajniejszych interwencjach nawet nie wspominam... Śmiałem się też, jak kibice próbowali krzyczeć moje nazwisko.

Czemu więc nie wyszło?

- Zgubiło mnie moje złe podejście. Genk sprowadził mnie za sporą kwotę i wydawało mi się, że miejsce w bramce dostanę za darmo, a postawa na treningach nie będzie miała znaczenia. Może za bardzo na tym się skupiłem, zamiast na ciężkiej pracy?

Woda sodowa?

- Nie wydaje mi się. Po prostu dziwne podejście. Ale kilka męskich rozmów z trenerem bramkarzy Genku uświadomiło mi wiele rzeczy.

Do Cracovii idzie pan z innym podejściem?

- Ono już dawno się zmieniło. Jestem bogatszy o wiele doświadczeń i wejście do polskiej szatni, gdzie większość mówi w tym samym języku, powinno być łatwiejsze.

Nie ma pan jednak pewności, że będzie grał.

- Już wiem, że nikt nic nikomu za darmo nie da i nawet nie oczekiwałem takiej deklaracji. Z Krzysztofem Pilarzem czeka nas fajna rywalizacja.



Więcej o: