Sreten Sretenović wspomina Koreę. "Ryż bez końca"

- W Korei nieźle płacili, ale życie było trudne. Cały dzień w klubie, ryż na śniadanie, obiad i kolację. Na sam widok miałem dość - mówi Sreten Sretenović.
Jesteś kibicem i jesteś z Krakowa? Musisz zostać fanem Facebooka Kraków - Sport.pl »

Michał Knura: Dlaczego wybrał pan Cracovię?

Sreten Sretenović: Ostatnio grałem w Korei Południowej i chciałem wrócić do Europy. Rozmawiałem o tym z Mate Laciciem [byłym piłkarzem Cracovii - przyp. red.], który jest moim menedżerem. W grudniu zadzwonił i powiedział, że Cracovia jest mną zainteresowana. Decyzję podjąłem szybko, bo kilka lat temu występowałem w Zagłębiu Lubin i w Polsce czułem się prawie jak w domu. Poza tym bardzo chciał mnie trener Robert Podoliński, z którym rozmawiałem telefonicznie.

W Cracovii ma pan kilku kolegów.

- Z Bartkiem Rymaniakiem znamy się z Zagłębia, a z Miroslavem Covilo z ligi słoweńskiej. Łatwiej będzie mi się zintegrować.

Bardzo dobrze mówi pan po polsku.

- Dużo zapomniałem od czasu odejścia z Lubina, ale zaczynam sobie przypominać, gdy jestem w szatni. Jeśli się boisz mówić w nowym języku, to zawsze będziesz miał problemy. Staram się uczyć języka kraju, w którym gram.

Koreańskiego też pan próbował?

- Tam komunikowałem się po angielsku, ale piłkarze z Azji mieli z nim duże problemy.

Ma pan 30 lat i trochę klubów na koncie. Z czego to wynika?

- Nie wszędzie czułem się dobrze. To był główny problem.

Gdzie było najlepiej?

- W Olimpii Lublana, bo miałem kilka godzin samochodem do domu.

Poznał tam pan Bobana Jovicia, który od lipca zagra w Wiśle?

- Bardzo dobry chłopak. Może uda nam się zagrać w derbach Krakowa. Sporo o nich słyszałem.

Z Rosją nie ma pan tak dobrych wspomnień jak z Polską i Słowenią?

- Kiedy drugi raz byłem piłkarzem Zagłębia, zerwałem więzadła krzyżowe w kolanie i musiałem wrócić do Kubania Krasnodar, z którego byłem wypożyczony. Miałem tam jeszcze półtora roku kontraktu i nie mieli ochoty mi płacić. Jasno dali do zrozumienia, że mam się zgodzić. Podpisałem papiery, by mieć spokój. Dwa dni później podobną propozycję dostał mój przyjaciel z Czarnogóry. Miał mniej szczęścia, bo został pobity.

Jak do tego doszło?

- Zadzwonił do niego trener i powiedział, że ma przyjechać na rozmowy. Pojawił się w biurze i od razu zamknęli drzwi na klucz. Siedzieli tam podejrzani ludzie, których nie znał. Jeden z nich powiedział mu: "To jest twój kontrakt, podpisz tutaj i go rozwiążemy". Nie chciał się zgodzić i próbował podrobić podpis, by się od nich uwolnić. Wiedzieli jednak, że coś kombinuje i zagrozili mu: "Widzisz ten pistolet? Jak nie podpiszesz, to za chwilę będziesz tam leżał pod ziemią". Pobili go, przestraszył się i podpisał.

Z koreańskiego Gyeongnam FC odszedł pan na własne życzenie?

- Miałem jeszcze ważny kontrakt, ale zdecydowaliśmy z żoną, że pora wracać. Dwa lata życia w zupełnie innej kulturze to i tak dużo czasu. Najpierw potrzebowaliśmy trzech miesięcy, by się zaaklimatyzować. Najgorzej miała żona, Maria, bo widywaliśmy się bardzo rzadko. W klubie byłem od rana do wieczora, dopiero po kolacji mogliśmy wracać do domu. Czułem się jak w wojskowych koszarach. Przynajmniej dobrze płacili.

Jaki był poziom ligi?

- Bardzo dobry. Większość zawodników to bardzo szybcy i zwinni Azjaci. Byłem od nich dużo wyższy. Żartowałem, że są w stanie przedostać się z piłką między nogami.

Z jedzeniem był problem?

- Na szczęście było wiele restauracji z europejską kuchnią, ale w klubie musiałem jeść to co reszta. Ryż na śniadanie, obiad i kolację.

Z Europy już pan nie wyjedzie?

- Raczej nie. Z umowy w Cracovii najbardziej cieszy się żona, bo życie w Korei kosztowało ją wiele wyrzeczeń.

PODOLIŃSKI: NIE CHOWAM SIĘ DO SZAFY [WYWIAD]