Kibic napisał list do piłkarza Cracovii

Kilka dni temu przyszedł do siedziby klubu. Adresat: Sebastian Steblecki. Nadawca: życzliwy kibic. Cztery strony A4 ze słowami otuchy. - Dzięki takim gestom chce się trenować - mówi 22-letni pomocnik
W liście podobno były nie tylko uprzejmości, ale też porady. Jednym zdaniem: co zrobić, by grać lepiej. Steblecki przeczytał od deski do deski, spisał zostawiony na końcu numer telefonu i wysłał SMS z podziękowaniami. - Niby mała rzecz, ale pierwszy raz coś takiego mi się przydarzyło - uśmiecha się zawodnik.

Na początku marca podczas meczu ze Śląskiem Wrocław tak przyjemnie nie było. Gdy pomocnik schodził z boiska, niektórzy kibice gwizdali. Słyszał to doskonale. Wcześniej zmarnował dwie dobre okazje, a Cracovia przegrała 0:1.

- To oczywistość, ale mogę jedynie powiedzieć, że zawsze daję z siebie wszystko. Przecież nie nastawiałem się przed meczem, że zmarnuję sytuację sam na sam. Gdybym przejmował się każdym komentarzem, to już dawno powyrywałbym sobie włosy i nie wychodził z domu.

Tyle że nie zawsze udaje się nie przejmować. Sam Steblecki przyznaje, że do swojej gry czasami podchodzi zbyt emocjonalnie. - Ktoś mógłby powiedzieć, że to dobrze, bo nie mam wszystkiego w d... Z drugiej strony to jednak wada, bo piłkarz powinien mieć czystą głowę. Z wieloma osobami na ten temat rozmawiałem. Zbyt często myślę o tym, że mogę kogoś zawieść. A nie powinienem się na tym skupiać - uważa Steblecki.

Na boisku robi dużo zamieszania. Potrafi w efektowny sposób ograć dwóch rywali, a za chwilę nonszalancko wykopać piłkę donikąd. Gra jako skrzydłowy, ale brakuje mu asyst i goli. Bramki nie zdobył już od dwóch sezonów, czyli w sumie od 51 meczów, 688 dni. Komentatorzy ciągle mu to wypominają i pewnie stąd ten list.

Steblecki twierdzi, że wie, nad czym musi pracować. Promykiem nadziei może być natomiast pierwsza w sezonie asysta - w ostatnim meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała po jego podaniu do siatki trafił Giannis Papadopoulos.

Wcześniej, choć miał pewne miejsce w składzie, to krytyki wysłuchiwał częściej niż pochwał. By nie zaprzątać sobie głowy, przestał czytać komentarze na swój temat. - Nie zawsze udaje się jednak od tego uciec, ale w sporcie to nieuchronne. Tata zawsze mi powtarzał, że głowa jest najważniejsza. Kiedyś myślałem, że to wyświechtany slogan, ale to nieprawda - przyznaje.

Jego ojciec był znakomitym hokeistą, który zapracował sobie na miano legendy Cracovii. Zdobył dla niej 315 bramek, ale dziś wspomina, że - podobnie jak teraz syn - też miewał przestoje. I różnie sobie z nimi radził. Raz pomógł... głupi żart.

- Miałem np. okres 10 meczów bez gola. Wtedy kolega zabrał mój kij i stwierdził, że skoro nie chce strzelać, to trzeba coś z nim zrobić. I wymieszał kijem wodę w klozecie. To oczywiście śmiesznostka, ale na podświadomość działają różne bzdury - śmieje się były hokeista.

Sam twierdzi, że jest wymagającym ojcem. - Jakie daję mu rady? To obszerny temat, ale najważniejsza jest konsekwencja w pracy i pozytywne myślenie. Człowiek jest tak stworzony, że jak czegoś naprawdę chce, zrobi to. Trzeba tylko uwierzyć.

Steblecki junior: - Czy tata miał rację? Młodzi ludzie bywają przekorni, każdy chce być najmądrzejszy. Nie zmieniłem całkowicie spojrzenia na świat, ale pewne rzeczy do mnie dotarły. Ważne, by nie było za późno. Dla mnie raczej nie jest.