Sport.pl

W Cracovii hokejowy mistrz uboższy od I-ligowego piłkarza

Hokeiści Comarch Cracovii zagrają o mistrzostwo Polski. Jeśli je zdobędą, dostaną pół miliona złotych, czyli nieco więcej niż dwa lata temu piłkarze za... jeden mecz. Mimo to i tak są szczęśliwi.
Z wyeliminowania Ciarko BPS Banku Sanok krakowianie cieszyli się jak z wygrania tytułu. Było skazywanie na pożarcie, ale w sześciu spotkaniach cztery razy pokonali murowanego faworyta, choć wcześniej przegrali z nim dziewięć meczów z rzędu. - Wydawało się, że nie mają żadnych szans, ale półfinały pokazały, że wszystkie założenia można włożyć między bajki - przyznaje Roman Steblecki, były reprezentant Polski, obecnie komentator.

Przed sezonem - w związku z kryzysem finansowym - działacze Cracovii rozpoczęli poszukiwanie sponsora strategicznego, którego logo miało pojawić się na koszulkach hokeistów. W kuluarach klubu nie brakowało plotek, że prezes Janusz Filipiak zrezygnuje nawet z finansowania sekcji. Ale po pokonaniu sanoczan wyszedł na lód, świętował i zadeklarował, że zamierza nadal wspierać hokeistów.

Pół miliona przeciwko dwóm

Już przed rozpoczęciem play-off Filipiak obiecał drużynie pół miliona złotych za mistrzostwo Polski i nieco mniej za srebrny medal. Pierwszy raz zamierzał nagrodzić ich także za trzecie miejsce, bo zdawał sobie sprawę z trudnej sytuacji kadrowej zespołu.

Jednak to i tak mniejsze pieniądze, niż otrzymują piłkarze Cracovii. Od lat budżet obu sekcji dzieli przepaść, ale tak jest we wszystkich klubach. Tyle że piłkarze z ul. Kałuży notorycznie nie spełniali postawionych celów i grali poniżej oczekiwań. Mimo że zarabiali zdecydowanie więcej, to jeszcze mogli liczyć na wyższe premie i to za samo utrzymanie. Wiosną 2011 roku otrzymali za to dwa miliony złotych, a za ważne zwycięstwo z Polonią Bytom - 400 tys. zł. Zaledwie 100 tys. zł więcej dostali w tym samym czasie hokeiści za... mistrzostwo Polski. - Ciężko nawet porównywać nas z piłkarzami. W sezonie zasadniczym premie za zwycięstwa nie są duże. Dopiero ta za wygranie ligi jest naprawdę pokaźna - przyznaje Michał Piotrowski, napastnik krakowian.

Dysproporcje między wynagrodzeniach a osiąganymi wynikami wciąż są spore, ale powoli zaczynają się zmniejszać, głównie z powodu spadku piłkarzy. Gdy dwa sezony temu hokeiści Cracovii zdobyli mistrzostwo, najlepszy w drużynie Leszek Laszkiewicz zarabiał cztery razy mniej od Arkadiusza Radomskiego, który bił się o utrzymanie w ekstraklasie. Po spadku piłkarzy różnice nie są już tak drastyczne.

Dwukrotna różnica

Obecnie najlepiej zarabiający hokeista może liczyć na ok. 20 tys. zł miesięcznie. Tyle samo wpływa na konto piłkarza z podstawowego składu Cracovii, który niedawno przedłużył kontrakt. Wciąż jednak daleko mu do zarobków np. Saidiego Ntibazonkizy, który ostatni mecz zagrał... w maju ubiegłego roku. Średnio hokeiści Cracovii dostają dwukrotnie mniej niż podopieczni Wojciecha Stawowego.

W finale hokeiści mogą więc walczyć także o zmniejszenie różnicy zarobkach. Deklarują jednak, że o pieniądzach nie myślą, a żyją zaskakującym wyeliminowaniem faworyzowanego Sanoka. - To wręcz nie do uwierzenia. Jesteśmy z siebie bardzo dumni. Wspięliśmy się na wyżyny i pokonaliśmy rywala, który w cuglach miał wygrać ligę - cieszy się Piotrowski.

O złoto Cracovia zagra z JKH GKS-em. Pierwszy mecz w niedzielę w Jastrzębiu.

Więcej o: