Niespotykana samokrytyka pomocnika Cracovii. 'Może nie jestem prawdziwym piłkarzem?'

- Lubię nazywać rzeczy po imieniu, a nigdy nie widziałem w sobie takiego talentu, jaki dostrzegali inni. Staram się ciężko trenować, ale ta praca jest bezowocna, jak bicie głową w mur - opowiada Marcin Budziński, pomocnik Cracovii.
Jarosław K. Kowal: Chciałem porozmawiać o Pana zainteresowaniach, bo podobno są nietypowe jak na piłkarza. Muzyka, kino, książki...

Marcin Budziński: - Może po prostu nie jestem prawdziwym piłkarzem? Może najlepsi nie czytają książek, a za to są geniuszami na boisku.

Mocne słowa.

- Może i mocne, ale staram się nazywać rzeczy po imieniu. W ubiegłym sezonie grałem w czwartej lidze. Trener Dariusz Pasieka chciał mi pomóc, wyciągnął mnie do Cracovii, ale chyba nie udało się, bo potem trafiłem do Młodej Ekstraklasy. Może więc warto pomyśleć o innym zajęciu?

Mówi Pan poważnie?

- Oczywiście dopóki mam ważne kontrakty [wypożyczenie do Cracovii do końca sezonu i umowa z Arką Gdynia do czerwca 2013 - przyp. red.], będę się starał robić swoje i ciężko pracować... Z tym że ta praca jest bezowocna, jak bicie głową w mur. Naturalnie nie poddaję się. I naprawdę nie jestem pesymistą, tylko realistą.

Może jednak to zbyt surowa ocena? Z początku za występy w Arce był Pan chwalony.

- Niektórzy chcieli mnie zrobić wielkim zawodnikiem. Bardzo to doceniam, ale nigdy nie widziałem w sobie takiego talentu, jaki dostrzegali inni.

To jaki ma Pan talent? Do muzyki?

- Też nie. Robię to w domowym zaciszu. Moje muzykowanie to coś, co nie nadaje się na pokaz... W sumie tak jak gra w piłkę.

Skąd ta pasja?

Ciekawe wywiady wklejamy też na Facebooka Kraków - Sport.pl »


- Skończyłem szkołę muzyczną pierwszego stopnia. Mama i brat naciskali, bym się zapisał. Trochę się opierałem, ale w końcu poszedłem. Nauczyłem się grać na trąbce, do tego doszedł fortepian. Na tym drugim instrumencie już wcześniej brat nauczył mnie kilku utworów. Spodobało mi się, uczyłem się przeważnie z pamięci.

I dziś nie robi Pan tego z obowiązku?

Wcześniej człowiek był głupi, nie wiedział, co może mu dać umiejętność gry na instrumencie. Teraz dziękuję tym, którzy mi to umożliwili, choć oczywiście zdarzały się nieprzyjemne incydenty. Np. kiedy kibice Arki krzyczeli, bym pograł sobie na trąbce, zamiast w piłkę, Ze strony kolegów z drużyny uszczypliwości nigdy nie było, wręcz przeciwnie. Zdarzało się, że podczas zgrupowań zagrałem na pianinie czy fortepianie i niektórzy mnie słuchali. Nie było do tego wielu okazji i może lepiej, bo nie lubię grać przed publicznością.

Nie żałuje Pan, że zamiast na muzykę, postawił na piłkę?

- Nie, bo wielkim muzykiem nigdy bym nie został. Piłkarzem zresztą też wielkim nie będę, choć myślałem, że uda się zostać choćby przeciętniakiem na poziomie ekstraklasy. Ale nawet o to jest ciężko. A wracając do gry na instrumentach: jedno drugiego nie wyklucza. Muzyka to moje hobby, które pozwala mi myśleć nie tylko o piłce.

Przejmuje się Pan opiniami innych?

- Staram się tego nie robić. Ale zależy, kto je wygłasza.

Wydaje się, że najważniejsze to umieć odciąć się od anonimowej krytyki.

- Taką się w ogóle nie przejmuję. Chyba wszyscy piłkarze zdają sobie sprawę, jacy ludzie rozpisują się np. na forach internetowych. Inne opinie zdarza mi się śledzić, choć np. dziennikarze też nie zawsze są obiektywni. Oczywiście nie obrażę się, kiedy ktoś mnie skrytykuje, bo sam wiem, jak gram. Uważam, że czasami nawet za bardzo mnie chwalono, a przydałoby się potępić moją postawę na boisku.