Sport.pl

Tutsi i Hutu grają w jednej drużynie

W kraju Saidiego Ntibazonkizy, piłkarza Cracovii i jednej z gwiazd polskiej ekstraklasy piłka nożna od zawsze łączyła zwaśnione plemiona Hutu i Tutsi. Dziś - niemal dekadę po zawarciu pokoju - na boiskach Burundi spełniają się ich wspólne sny o lepszym życiu.
- Saidi? Ntibazonkiza? Kto to taki? Nie znam nikogo takiego - mówi zaskoczony trener jednego z młodzieżowych zespołów na niedużym stadionie w Budżumburze. Zgromadzeni wokół kibice również z niedowierzaniem kręcą głowami.

- Piłkarz! Gwiazda! Cracovia! Polonia! - odpowiedź białego przybysza łamaną francuszczyzną rozjaśnia oblicza fanów.

- Aaa! Polonia! Nie Saidi, a Saidu. Albo po prostu Saimix! Trzeba było tak od razu. To najlepszy piłkarz Burundii. Wielka gwiazda, nasz dobry brat - uśmiecha się szkoleniowiec rozradowany i toruje drogę do Ntibazonkizy.

Z piłkarzem Cracovii spotykam się w centrum stolicy Burundii tydzień po ostatnim meczu w ekstraklasie. W ciągu kilkudziesięciu godzin od jego powrotu do ojczyzny rozdał niezliczoną liczbę autografów, a co chwila pozuje do zdjęć. Z trudem znajduje czas dla rodziny, choć żona dzwoni niemal bez przerwy.

- Saimix to mój przydomek, stąd całe zamieszanie. W domu wołają na mnie Saido lub Saidu, więc jako Saidi pozostaję anonimowy - wyjaśnia rozbawiony Ntibazonkiza. I obiecuje pomóc zrozumieć, dlaczego w niewielkim, górzystym i zielonym kraju nad jeziorem Tanganika (mniejszym niż np. Wielkopolska) piłka nożna traktowana jest jak świętość.

W jednym z najbiedniejszych państw świata, gdzie szacunkowo 70-80 proc. populacji żyje za dolara dziennie, repliki znanych klubów piłkarskich nosi niemal każdy. Nawet kobiety paradują po targach z koszami pełnymi owoców na głowie i wytartymi nazwiskami Luisa Figo i Davida Beckhama na plecach.

Konflikt nie podzielił tylko drużyn

Był rok 1992, jeden z ostatnich przed wojną domową, podczas której Hutu dokonali rzezi tysięcy Tutsi. Zbrodnie ludobójstwa w Burundi i sąsiedniej Rwandzie dokonane w kolejnych latach były najkrwawszymi na świecie od czasów II Wojny Światowej. 1992 był jednak złotym rokiem burundyjskiej piłki: Vital'O FC, którego wychowankiem jest Ntibazonkiza dotarł do finału Afrykańskiego Pucharu Zdobywców Pucharów, wówczas najbardziej prestiżowych rozgrywek na kontynencie.

To największy sukces klubowej piłki w Burundii. Kilka ówczesnych gwiazd wyemigrowało za chlebem zagranicę, inni skończyli jako celnicy lub sprzedawcy w sklepach. Wielu zginęło podczas wojny, która oficjalnie zakończyła się dopiero kilka lat temu. Przeżyć udało się przede wszystkim reprezentantom kraju, którzy w momencie wybuchu zamieszek rozgrywali mecz w Gwinei. Wielu nie wróciło wówczas do domu.

W kolejnych latach na ligowych boiskach Burundi urządzono obozy dla uchodźców. Niektóre z nich są dziś cmentarzami. FIFA rozważała zawieszenie reprezentacji, a działacze argumentowali, by Burundi rozgrywało mecze na neutralnych stadionach. - W sporcie różnice etniczne nie mają żadnego znaczenia. Tutsi i Hutu grają w jednej drużynie i wojna ich nie podzieliła. To jedyne, co nam pozostało - przekonywał wówczas Baudouin Ribakare, ówczesny selekcjoner.

Ntibazonkiza: - W Burundi, bez względu na sytuację wewnętrzną, futbol zawsze integrował ludzi. To pokazuje siłę piłki nożnej.

Symbolem zjednoczenia jest narodowy stadion im. księcia Louisa Rwagasore, bohatera Burundi, rdzennego Tutsi, który ożenił się z kobietą Hutu, by pokazać współbratymcom, że plemienne spory nie mają sensu.

Akademia wielkich snów

Gdy w Burundi wybuchła wojna, Ntibazonkiza miał 7 lat. O dawnych konfliktach nie chce rozmawiać. Z tamtego okresu zapamiętał tylko kilka obrazków.

- Przypominam sobie mecze na podwórku z rówieśnikami. Mój ojciec był trenerem, więc jako jedyny nosiłem korki. Reszta kolegów biegała boso za piłką. Wtedy postanowiłem, że gdy zostanę znanym piłkarzem, będę pomagał młodym talentom - opowiada gracz Cracovii.

Dziś, już jako najbogatszy sportowiec Burundi, sponsoruje i współprowadzi "Centre de formation de football les jeunes athletice". Do jego akademii piłkarskiej uczęszcza ok. 200 dzieci w wieku 8-18 lat. Większość chłopców mieszka w slumsach, wielu pochodzi z rozbitych rodzin lub jest sierotami.

Ntibazonkiza zapewnia im warunki do rozwoju, ale też bezpłatną edukację (w Burundii obowiązkowa jest tylko szkoła podstawowa). - Za każdym razem, gdy jestem w ojczyźnie powtarzam im, że bez ukończenia dobrej szkoły nie osiągną sukcesu w piłce. Często dzwonią do mnie rodzice z podziękowaniami za szansę, którą im dałem. Wielu burundyjskich rodzin po prostu nie stać na wysłanie pociech do szkoły - przyznaje piłkarz.

Rozmowę przerywa jeden z kibiców, który prosi Ntibazonkizę o wsparcie. Zawodnik Cracovii wyciąga z kieszeni plik banknotów i wręcza niedużą kwotę wyraźnie uradowanemu fanowi.

Simon Gakinja, jeden z pierwszych trenerów Ntibazonkizy, dziś zatrudniony przez piłkarza w akademii prowadzi drużynę juniorów. Oprócz typowo szkoleniowych obowiązków, do jego zadań należy m.in. kontrolowanie ich postępów w szkole.

- Chłopcy są w trudnym wieku, więc muszę być przede wszystkim nauczycielem. Powtarzam im, że edukacja musi być na pierwszym miejscu, bo bez niej nie rozwiną się na boisku. Mój największy sukces? Nie powiem, że Ntibazonkiza. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc sukcesy jeszcze przede mną -trener Gakinja puszcza oko w stronę zawodnika polskiej ekstraklasy.

Marzeniem Saidiego jest budowa internatu, w którym chłopcy mogliby zamieszkać. - Dla wielu z nich drużyna to jedyna rodzina. Mogliby poczuć się w końcu jak w domu - mówi piłkarz Cracovii. Ma już upatrzone miejsce.

W niedalekiej przyszłości zamierza wysłać kilku podopiecznych do Europy: prędzej jednak do Belgii (Burundii to była kolonia tego kraju) niż Polski. Argumenty? - Brak bariery językowej, lżejsza zima i, bądźmy szczerzy, o wiele lepsze szkolenie młodzieży - dodaje.

Piłkarski. prezydent kraju

Obaj - piłkarz i trener - przyznają, że piłka nożna to świętość, ale i nadzieja na lepsze życie. W Burundii gra w nią każdy: od dzieciaków ze slumsów stołecznej Budżumbury (raz po raz szmaciana piłka wpada do kanału, w którym nurkują w jej poszukiwaniu), aż po Pierre'a Nkurunzizę, prezydenta kraju.

Nkurunziza nie bez przyczyny nosi przydomek "Piłkarskiego prezydenta Wschodniej Afryki": przed wojną domową był wyróżniającym się piłkarzem ligi uniwersyteckiej, na kilka miesięcy został nawet szkoleniowcem pierwszoligowego Union Sporting. Pięć lat temu, podobnie jak Ntibazonkiza, założył własną akademię piłkarską.

Dziś prezydent Nkurunziza występuje w roli grającego trenera w oldbojach klubu Allelua FC (na boisko wychodzi trzy razy w tygodniu). - Sam wymyśliłem tą nazwę, by podziękować Bogu, za wszystko, co zrobił dla Burundi - przekonywał polityk w wywiadach.

Jego piłkarska pasja budzi niekiedy uśmiechy politowania mieszkańców, ale to także świetny sposób do sprawowania demagogicznej polityki. Kilka lat temu Nkurunziza pojechał do lepiej rozwiniętej Ruandy w poszukiwaniu wzorców administracyjnych, które mógłby przenieść do swojego kraju. Jego wizyta ograniczyła się jednak do prestiżowego meczu pomiędzy parlamentarzystami Burundi i Rwandy. Stadion wypełnił się do ostatniego miejsca. Mimo to w Burundi utarło się powiedzenie: "robić coś jak Nkurunziza w Rwandzie". Czyli nic, najwyżej oddawać się futbolowej pasji.

Cracovia znaczy ucieczka

Na stadionie w Budżumbrze juniorzy z akademii Ntibazonkizy walczą w pierwszej fazie barażów o awans do drugiej ligi. Na dziurawym i spalonym przez słońce boisku (kilka godzin wcześniej dzieci wypasały tu kozy) piłka raz po raz wyczynia cuda.

Saidi jednak poleca uważnie obserwować stopera i prawego obrońcę: jego zdaniem obaj mogą zrobić karierę w Europie. Piłkarz Cracovii przygotował dla podopiecznych odprawę przedmeczową, motywował ich w przerwie. Efekt? Zwycięstwo 3:1, tym ważniejsze, że z faworytem rozgrywek. - Saidu, weź ich do Europy!- krzyczą entuzjastycznie fani po jednej z bramek.

- Nigdy nie widziałem ich tak dobrze grających. Albo chcą się pokazać przede mną, albo myślą, że mój biały kolega jest skautem europejskiego klubu - uśmiecha się reprezentant Burundi.

W przerwie kilku kibiców podchodzi na trybunę, gdzie siedzimy i, imitując grę na bębnach, wykrzykują: "Cracovia, Cracovia!". Polskę kojarzą jednak wyłącznie z Ntibazonkizą i. "całorocznymi zimami".

Młodzi następcy gwiazdy Burundi z wypiekami na twarzy mówią o przyszłości w Europie. 17-letni Avik-Paul Irambona mieszka w slumsach, z których - dzięki piłce - mógłby w końcu uciec. - Dla mnie futbol to przede wszystkim szansa na poprawę statusu społecznego. Gdyby nie akademia, nawet nie kontynuowałbym szkoły - przyznaje.

Zaledwie 15-letni Jean-Maria Sengiyuhua, najmłodszy w drużynie ma tylko jeden cel: grę w Europie. - Marzy mi się francuska Ligue 1, bo tam nie będzie bariery językowej. Ale mogę grać też w innym kraju, by iść śladami Saimixa - zapewnia.

Ntibazonkiza: - Ciąglę słyszę tylko "chcemy być jak ty". Mówię podopiecznym , nie próbujcie mnie kopowiać. Saimix jest tylko jeden, a wy możecie być o wiele lepsi.

Wszyscy adepci akademii wierzą, że ich sny się spełnią. Jeśli nie, skończą jak Justine, zawodnik jednego z trzecioligowych klubów, który przysiada się na trybunach. Kilka razy w tygodniu trenuje, a za każdy występ w meczu dostaje od sponsora drużyny 1000 franków burundyjskich (ok. 2,5 zł). Dla porównania Ntibazonkiza zarabia ok. 300 tys. dolarów rocznie.

- Nie mam przyszłości - przyznaje gorzko Justine. Mimo wszystko wciąż próbuje, bo piłka jest najważniejsza w jego życiu.

Pani prezes z warsztatu

W Burundi wiedzą bowiem, że czasem szczęściu może pomóc przypadek. Piłka nożna w zniszczonym wojną domową kraju zaczęła odradzać się za sprawą kobiety. W 2004 roku Lydian Sekera została prezydentem miejscowej federacji, do której przeniosła się z. warsztatu samochodowego.

Jako kobieta za sterami związku miała ciężko: musiała przekonać do siebie działaczy FIFA. Niemal dekadę wcześniej federacja wykluczyła Burundi z międzynarodowych struktur. Nsekere musiała budować krajowy futbol niemal od podstaw. Zreorganizowała rozgrywki, wprowadziła status piłkarza profesjonalnego, prowadziła jawną politykę finansową (w 2009 roku została nagrodzona przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski m.in. za promocję piłki wśród kobiet).

Pierwszy symptom poprawy był raczej smutny: w 2006 roku reprezentacja Burundi została mistrzem świata. bezdomnych. Fundament drużyny stanowili byli piłkarze, którzy po wojnie nie potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości: stracili dach nad głową, popadli w alkoholizm.

Ale w Burundi był to znak: piłka nożna może zmieniać rzeczywistość. Wierzy w to także Marceul Prosper, obrońca z akademii Ntibazonkizy. - Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez futbolu, choć Saidu nauczył nas, że na pierwszym miejscu należy stawiać edukację. To dwie najważniejsze rzeczy w życiu - podkreśla chłopiec.

Ntibazonkiza: - Przeznaczając pieniądze na akademie piłkarskie budujemy nowe społeczeństwo. Dla mnie to przede wszystkim inwestycja w nowe, wykształcone pokolenie. Jeśli komuś uda się zaistnieć na światowych stadionach, to będzie super. Za to na pewno dostaną szansę na lepsze życie.

"Nowe społeczeństwo" boryka się z wieloma problemami: w kraju szerzy się korupcja, w tajemniczych okolicznościach giną opozycjoniści. Mimo wszystko odbudowa kraju po wojnie wciąż postępuje, choć bardzo powoli.

- Najważniejsze jest to, że żyjemy wszyscy obok siebie: chrześcijanie, protestanci, muzułmanie. Bez względu na wszystko, najwięcej wyznawców ma jednak piłka nożna - kończy z uśmiechem Ntibazonkiza.

Więcej o:
Najczęściej czytane
Komentarze (7)
Tutsi i Hutu grają w jednej drużynie
Zaloguj się
  • Gość: szymcok

    Oceniono 3 razy 3

    Bardzo fajny reportaż, kto choć troche orientuje się w Ekstraklasie to pamięta jego piękne bramki m.in z Legią :).
    Hej, hej Cracovia!

  • drakotomasz

    Oceniono 1 raz 1

    Swietny artykul. Milo uslyszec, ze w Polsce graja takze tacy pilkarze, a nie odrzuty, ktore nigdzie indziej sie nie sprawdzily.

  • Gość: maroog

    0

    wczoraj film o tym kraju lecial, cos tam z Krokodylem :D

  • turtlezzz

    0

    Dziękuję za fascynujący reportaż!

  • elvr

    0

    pl.wikipedia.org/wiki/Burundi
    polska język trudna język

  • lowca_trolli_online

    0

    cwoki z gejzety nie znaja znaczenia slowa gwiazdor...

  • Gość: bez jaj

    Oceniono 2 razy 0

    i jednej z gwiazd polskiej ekstraklasy hahahahahahahahaha

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX