Gwiazda Cracovii: Kiedy jestem zdrowy, gram w pierwszym składzie

- Każdy zespół świata potrzebuje kogoś, kto pociągnie grę. Akurat ja jestem w stanie dać to Cracovii - zapewnia Saidi Ntibazonkiza. - Czy odejdę do lepszego klubu? Nie wiem, ale kto by nie chciał?
Ekskluzywne materiały i ciekawostki o Cracovii tylko na Facebooku Kraków - Sport.pl »

Jarosław K. Kowal: W środę stwierdził pan, że w Cracovii czuje się dobrze, ale nie do końca. Co pan chciał przez to powiedzieć?

Saidi Ntibazonkiza: Nic poza tym, co powiedziałem.

Sobotni mecz z Legią może być pana ostatnim w Cracovii?

- Tego nie wiem. Ale kto nie chciałby odejść do lepszego klubu? Każdy chce się rozwijać w zawodzie, a moją pracą jest piłka nożna. Jeśli więc Cracovia przyjmie ofertę z lepszego klubu, to odejdę.

Przenosiny do innego polskiego zespołu wchodzą w grę?

- Ale ja naprawdę nic nie wiem na temat ewentualnego transferu, więc nie chcę nikogo okłamać. Nigdy nie mówiłem, że Polska to dla mnie nieodpowiednie miejsce, a wręcz przeciwnie. Zresztą na razie mam ważny kontrakt z Cracovią, więc nie ma o czym mówić.

W Cracovii gra pan półtora roku. Jaki to był czas?

- Dla mnie zły. Spodziewałem się czegoś innego. Nie sądziłem, że będziemy tylko bronić się przed spadkiem. Przecież nikt nie chce być ostatni. Cóż, widać tak musiało być. Wierzę w Boga i w to, że wszystko dzieje się za jego sprawą. Dlatego nie mogę narzekać i mówić, że jest bardzo źle. Z jednej strony akceptuję taką sytuację, ale z drugiej robię wszystko, by ją zmienić. Dlaczego Cracovia nie może odbić się od dna? Niby wszystko jest w porządku. To dobra drużyna, z dobrymi piłkarzami, ale Polacy mają chyba problemy organizacyjne. Pozostaje wierzyć, że będzie lepiej.

W Cracovii miał pan wzloty i upadki. Trener Rafał Ulatowski był dla pana jak ojciec, ale już Jurij Szatałow narzekał m.in., że gra pan zbyt samolubnie.

- Nie obchodzi mnie to, co o mnie mówią. Rafał Ulatowski, dobrze powiedziane, był dla mnie jak ojciec i robił dla mnie wszystko. I to dosłownie wszystko. Dbał, by nic mi nie dolegało, dlatego ucieszyłem się, gdy znalazł pracę w innym klubie. A Szatałow mógł sobie mówić, co chciał. Co do zarzutów, że gram zbyt indywidualnie... Każdy zespół świata potrzebuje kogoś, kto pociągnie grę. Akurat ja jestem w stanie dać to Cracovii, dlatego często biorę ciężar gry na siebie. Kłopot w tym, że Szatałow nigdy nie powiedział mi prosto w oczy, że coś mu nie pasuje. Nieraz słyszałem, że ma do mnie pretensje, ale za każdym razem od osób trzecich.

Dariusz Pasieka, obecny trener Cracovii, narzekał m.in., że nie ma z panem kontaktu podczas wyjazdów na zgrupowania reprezentacji.

- Nie chcę mówić o tym publicznie. Jeśli był mały problem, to między mną a trenerem. Pasieka często rozmawia z piłkarzami, ale to normalne. Nigdy nie mam problemów w kontaktach z innymi. Tak jest też w tym przypadku.

Ale kiedy wyjechał pan na mecze z Lesotho, trener nie wiedział, kiedy pan wróci. Datę przyjazdu znał za to kapitan Arkadiusz Radomski.

- Nie rozmawiam codziennie z trenerem, a z Arkiem owszem. To ktoś, kto dba o mnie, wiele dla mnie robi. Ale nie można powiedzieć, że przejął pałeczkę po trenerze Ulatowskim, bo znaliśmy się już wcześniej. Pomagał mi także w Holandii [Burundyjczyk występował z Radomskim w NEC Nijmegen - przyp. red.].

Pana wyjazdy do Burundi są owiane tajemnicą. Ma pan czas, by spotkać się z rodziną?

- Bardzo niewiele, ale to zawsze lepsze niż nic. Po meczach zazwyczaj muszę jechać do hotelu z resztą drużyny. Mimo wszystko zawsze cieszę się na te wyjazdy, bo gra dla kadry to dla mnie duża rzecz. Z najbliższymi spotykam się rzadko. Oczywiście to niełatwe, ale nie widzę problemu. Wierzę w to, co robię i dziękuję Bogu, że jestem piłkarzem. A rodzina, mimo że jest daleko, dodaje mi sił.

W Burundi jest pan gwiazdą?

- Koszulkę reprezentacji zakładam z dumą. Rodacy też są ze mnie dumni i życzą mi jak najlepiej. Oczywiście, że rozpoznają mnie na ulicy i chcą zdjęć czy autografów. Ale w Krakowie jest podobnie.

Wygląda pan na bardzo pewnego siebie. Twierdzi pan np., że nigdy w karierze nie przegrał walki o miejsce w jedenastce.

- Bo to prawda. Kiedy tylko byłem zdrowy, to zawsze grałem w pierwszym składzie. Siadałem na ławce tylko wtedy, gdy narzekałem na urazy.

Ale podczas środowego treningu trafił pan do słabszej drużyny. To może być zapowiedź, że tym razem trafi pan na ławkę?

- Nie sądzę, choć nie znam planów trenera. Presji z zewnątrz nie czuję. Za to sam ją na siebie nakładam, bo chcę być najlepszy w każdym meczu. A że w Cracovii zdarzały się słabsze występy... Takie jest życie. Dziś czuję się dobrze, ale nie jest powiedziane, że jutro będzie tak samo.

Odważna Milena Radecka w Playboyu