Sport.pl

El. Ligi Mistrzów. Skonto - Wisła 0:1. Zwycięskie męki

Wisła niemiłosiernie męczyła się w Rydze ze Skonto, ale dzięki samobójczej bramce zrobiła pierwszy krok do Ligi Mistrzów. Na noszach opuścił bosko najlepszy krakowski piłkarz Maor Melikson
Polskie kluby mają miłe wspomnienia z pojedynków z mistrzem Łotwy. Skonto wyeliminowały Lech, Widzew i 10 lat temu Wisła. Teraz krakowianie są na dobrej drodze, by skopiować tamten wynik.

Gdyby spojrzeć na składy obu drużyn, można by odnieść wrażenie, że rywalem Wisły jest zespół Młodej Ekstraklasy. Marian Pahars, trener Skonto wystawił siedmiu piłkarzy, którzy nie skończyli 24 lat. Najmłodszy, 17-letni Valerijs Sabala, w ekstraklasie debiutował już dwa lata temu. Dwóch najbardziej doświadczonych graczy skończyło 32 lata. Na dodatek z powodu choroby zabrakło największej gwiazdy Nathana Juniora. - Większość moich piłkarzy nigdy jeszcze nie grała na takim poziomie. Muszą dać z siebie więcej niż 100 proc., choć to też nie zagwarantuje sukcesu - mówił przed meczem Pahars.

Za to w Wiśle połowa składu to piłkarze po trzydziestce. Mistrz Polski bił na głowę rywala także pod względem doświadczenia międzynarodowego - większość piłkarzy ma za sobą występy zarówno w europejskich pucharach, jak i w reprezentacjach. Mimo sześciu letnich transferów, wczoraj w pierwszym składzie Wisły zadebiutowało tylko dwóch pozyskanych piłkarzy - Michael Lamey i Ivica Iliew. Zwłaszcza wobec tego drugiego oczekiwania były duże. Serb dwukrotnie awansował do fazy grupowej LM z Partizanem Belgrad, a teraz zapowiadał, że natchnie nowych kolegów. Pozyskany dzień przed meczem i rzutem na taśmę zgłoszony do UEFA Marko Jovanović usiadł na ławce rezerwowych.

Wisła bardzo poważnie podeszła do pierwszej przeszkody w walce o Ligę Mistrzów. Kazimierz Moskal, asystent trenera Skonto oglądał na żywo aż trzy razy. Dwa lata temu kiedy krakowianie odpadli z Levadią, tylko raz byli na meczu rywala. Ówczesny szkoleniowiec Maciej Skorża liczył, że weźmie mistrza Estonii z marszu. Maaskant powtarzał, że Skonto to groźny przeciwnik, bo przecież aż 15 razy wygrało łotewską ekstraklasę.

Jednak jedynym atutem Skonto wydawało się to, że mistrz Łotwy jest w rytmie meczowym, bo tamtejsza ekstraklasa gra systemem wiosna-jesień. Dla krakowian był to pierwszy pojedynek o stawkę od maja. - To nie jest dla nas żadna wymówka - stwierdził jednak Robert Maaskant, trener Wisły.

Krakowianie od przyjścia Holendra kładą duży nacisk na atak pozycyjny, z którym polskie kluby od zawsze mają problemy. I to miało być ich atutem. Szkoleniowiec liczył, że jego ofensywni piłkarze będą w stanie stworzyć przewagę po wygranych pojedynkach jeden na jeden, ale takie udane akcje można było policzyć na palcach jednej ręki.

Mistrzowie Polski pomni porażek z Levadią Tallin i Karabachem Agdam rozpoczęli mecz bardzo ostrożnie. Tak jakby przecenili możliwości rywala, bo nastawili się głównie na to, by nie stracić gola. Choć przeważali i niemal nie schodzili z połowy rywala, to rozgrywali piłkę głównie wszerz w środku boiska i długo nie potrafili zagrozić bramce Germansa Malinsa. Odpowiedzialny za rozgrywanie Maor Melikson bezradnie rozkładał ręce, bo często nie miał do kogo z przodu podawać.

Pierwszy celny, niezbyt groźny strzał w środek bramki (choć bramkarz piłkę wypuścił), Izraelczyk oddał dopiero po półgodzinie gry. Skonto nie miało atutów, by zaatakować, a nieliczne próby szybko gasił w zarodku Osman Chavez.

Wiślaków wyręczył obrońca Skonto. W niezbyt groźnej sytuacji po podaniu Lameya piłkę do własnej bramki skierował Remars Rode. Bramka niewiele zmieniła, bo mistrzowie nadal nie mieli pomysłu jak stworzyć zagrożenie. Próbowali strzelać, ale piłka po uderzeniu Patryka Małeckiego wylądowała na parkingu.

Po przerwie wiślacy zaczęli grać nieco lepiej, ale nadal mieli problemy, by w decydującym momencie dokładnie podać. Nie mieli też pomysłu jak wykorzystać stałe fragmenty. Strzały Iliewa, Małeckiego i Genkowa to jednak było za mało, by zdobyć drugiego gola. Za to przez chwilę zrobiło się gorąco i nerwowo w polu karnym Wisły po niepewnych interwencjach Sergieja Pareiki, ale obrońcy wyręczyli bramkarza. W końcówce gospodarze choć grali w dziesięciu mieli trzy doskonałe sytuacje, by wyrównać, ale szczęście dopisywało mistrzom Polski.



Więcej o: