Ekstraklasa. Kto nie widzi kiboli

Choć policja na filmach z monitoringu rozpoznała zadymiarzy Lecha, prokuratura umorzyła śledztwo, bo chuligani nie przyznali się do winy. Policjanci: - To groźny precedens
Jesienią ub.r. Lech grał z Wisłą w ligowym szlagierze. W końcówce meczu doszło do zadymy - pierwszej od 13 lat na poznańskim stadionie. Zaczęli ją kibole Wisły, demolując toalety i punkty gastronomiczne, wyrywając siedzenia. Po chwili przy pleksiglasowej osłonie oddzielającej ich od reszty stadionu pojawili się chuligani w barwach Lecha - niektórzy w kominiarkach. Ochroniarze uciekli, obie grupy zaczęły rzucać w siebie czym popadnie.

Płot wytrzymał do przybycia policji. - Nikt nie został zatrzymany, całe zdarzenie jest nagrane - mówił po meczu jej rzecznik Andrzej Borowiak.

Kilka dni później policjanci pokazują nagranie prokuratorom. - Czy to wystarczy do postawienia zarzutów? - pytają. - Tak - odpowiada Jan Chojecki, szef prokuratury na poznańskim Grunwaldzie.

Dzięki nagraniu policjanci w ciągu miesiąca zidentyfikowali 10 kiboli Lecha. Postawili im zarzut "niebezpiecznego zachowania, które zakłóciło przebieg imprezy sportowej". Grozi za to grzywna od 1,2 tys. zł w górę, a nawet dwa lata więzienia.

Ale kiedy przedstawiciele Lecha - chcąc wlepić zakazy stadionowe - poprosili prokuraturę o nazwiska zadymiarzy, ta odmówiła. - A jeśli ktoś dostanie zarzuty, a potem zostanie uniewinniony? Klub nałoży na niego zakaz, a on będzie mógł czuć się pokrzywdzony - tłumaczył "Gazecie" miesiąc temu Marek Świtała, prokurator prowadzący śledztwo. Ale zaznaczył: - To nie tak, że te osoby pozostaną bezkarne. Kierując wniosek o ukaranie, zwrócę się do sądu także o nałożenie zakazów stadionowych.

Jednak kilka dni temu prokurator Świtała śledztwo umorzył. Powód? Niewykrycie sprawców.

Jak to możliwe? Świtała jest na urlopie, nie można się z nim skontaktować. Ale jego motywy wyjaśnia komunikat prokuratury. Wynika z niego, że pseudokibice zaprzeczyli, by brali udział w zadymie, co oznacza, że "brak jest jakichkolwiek obiektywnych i przekonujących dowodów, wskazujących na to, iż wyżej wspominane osoby w ogóle brały udział w zdarzeniu".

A zapis z monitoringu? "Jakkolwiek dokładny i szczegółowy, nie pozwala na jednoznaczne ustalenie - w tej konkretnej sprawie - tożsamości poszczególnych osób" - tłumaczy w komunikacie prokuratura. Podkreśla, że kibole mieli na sobie szaliki, czapki, kaptury, ale nie widać było żadnych cech charakterystycznych. I dodaje, że policja powinna poprzeć swoje typowania innymi dowodami, których jednak nie zgromadziła.

Policjanci są zaskoczeni. - Przecież jeden z zadymiarzy miał na sobie zieloną kurtkę, jakiej nie miał nikt inny na trybunie - mówi nam jeden z policjantów. - Uważamy, że dowody, które dostarczyliśmy prokuraturze, wystarczają do oskarżenia pseudokibiców - dodaje rzecznik Andrzej Borowiak.

Wśród wytypowanych przez policję zadymiarzy był m.in. "Didi", który zajmuje honorowe miejsce w "kotle" rządzonym przez poznańskich kiboli. Podczas ataku na wiślaków sfotografował go także fotoreporter "Gazety".

- Nie wybieraliśmy nikogo na chybił trafił. Jesteśmy pewni każdego wskazania - mówią policjanci zajmujący się stadionową przestępczością. I nie kryją żalu do Świtały: - Prokurator nie wydaje wyroku. Mógł oddać sprawę do sądu, by ten ocenił zebrane przez nas dowody.

Prokurator Jan Chojecki, który twierdził, że nagrania z monitoringu wystarczą do oskarżenia kiboli, wczoraj nie chciał komentować decyzji swojego podwładnego. Nawet się wobec niej dystansował: - Nie miałem na nią wpływu. Nie wyobrażam sobie, że prokurator pyta mnie: "Szefie, co mam zrobić?". Podjął decyzję samodzielnie. Słyszałem o zastrzeżeniach policji, dlatego przejrzę akta. Jeśli uznam, że prokurator źle ocenił zebrany materiał, mogę nakazać mu wykonanie dalszych czynności. Ale nie mogę żądać, by zmienił decyzję.

Policjanci nie odpuszczają. Pojutrze naczelnicy dochodzeniówki i wydziału kryminalnego mają spotkać się z Chojeckim i wiceszefem Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Chcą się dowiedzieć, jak po decyzji Świtały śledczy wyobrażają sobie dalszą współpracę z policją.

W komunikacie o umorzeniu śledztwa prokuratura zwraca uwagę, że policjanci podczas zadymy nie zatrzymali żadnego z pseudokibiców. Ale taką samą taktykę zastosowano także po majowych zamieszkach w Bydgoszczy. Policja tłumaczyła wtedy, że nie chciała zaogniać sytuacji, a monitoring pozwoli zidentyfikować sprawców. Dlatego policjanci zajmujący się stadionowym bandytyzmem uważają, że decyzja Świtały jest niebezpieczna. - Tworzy groźny precedens - mówią. - Pseudokibice dostają podpowiedź, jak uniknąć odpowiedzialności.

Tak opisywaliśmy zadymę na meczu Lech - Wisła »