Ekstraklasa. Gdyby Wisła rozdawała miejsca w pucharach

Znajdujący się w kryzysie krakowianie liczą na przełamanie w Gdańsku. - Zapowiada się ciężki mecz, bo Lechia gra najefektowniej w lidze - przyznaje trener Robert Maaskant. Relacja na żywo w niedzielę od 14.45 na Sport.pl.
Wicemistrzowie Polski wpadli w dołek. Dwa tygodnie temu szczycili się serią 11 spotkań bez porażki i przymierzali mistrzowską koronę, ale ostatnie dwa mecze przegrali, Śląskowi Wrocław i Górnikowi Zabrze nie strzelając nawet gola. Przez to muszą nerwowo zerkać na Jagiellonię Białystok (ma trzy punkt mniej i gorszy bilans meczów bezpośrednich).

Odrzucają jednak teorię o kryzysie i niepowodzenia zrzucają na indywidualne błędy oraz brak Cwetana Genkowa. Pod nieobecność bułgarskiego napastnika okazało się, że Wisła w rezerwie nie ma napastników, bo Maciej Żurawski i Anres Rios ostatecznie udowodnili, że za trzy tygodnie klub nie powinien przedłużać z nimi kontraktów. - Strasznie się cieszę, że Cwetan jest już zdrowy. To wzmacnia zespół w ofensywie oraz mentalnie - podkreśla Maaskant. - Ostatnio przegrywaliśmy do zera, więc nie można udawać, że nic się nie stało. Muszę zrobić wszystko, by drużyna wróciła do normy.

Holender rozmawiał z piłkarzami indywidualnie, zmniejszył też obciążenie na treningach. Doszło nawet do tego, że czwartkowe zajęcia zarządził jako nieobowiązkowe (mimo to stawiła się na nich większość zawodników).

W Gdańsku Wisłę czeka trudne zadanie. Lechia jest trzecia, co daje jej grę w eliminacjach Ligi Europejskiej. Od 10. w tabeli Lecha Poznań dzielą ją jednak tylko trzy punkty. Gdyby to zależało od Maaskanta, to miejsce w europejskich pucharach przyznałby pewnie właśnie Lechii. - Grają kombinacyjnie i ładnie dla oka, dobrze się ich ogląda - podkreśla Holender. - Na szczęście są jeszcze zespoły, które prezentują się inaczej niż Śląsk Wrocław, który z nami zamurował bramkę. Gdyby tak robiły wszystkie zespoły, za trzy lata stadiony w Polsce świeciłyby pustkami.

Ofensywna gra Lechii zgubiła ją jesienią w Krakowie. Gdańszczanie od początku poszli na wymianę ciosów i dzięki temu kibice zobaczyli aż siedem bramek, co jest rekordem sezonu. Lechia poległa wówczas 2:5.