Tomas Jirsak wreszcie zabłysnął

W Wiśle od czasów Mirosława Szymkowiaka trwają bezskuteczne poszukiwania rozgrywającego. Łukasz Garguła tak zawodzi, że trafił na trybuny. Za to w meczu z Ruchem znakomicie wypadł Tomas Jirsak
Dzięki bramce i asyście Czecha Wisła na pierwszym miejscu zastąpiła Jagiellonię Białystok, która zremisowała w Bełchatowie. Tyle że drużyna z Podlasia ma zaległy mecz i dwa punkty straty. - Teraz reszta musi nas gonić. To duży komfort, gdy nie trzeba patrzeć do góry - mówił Maaskant.

Tydzień temu holenderski szkoleniowiec nie miał powodów do takiej radości. We wtorek Wisła w kiepskim stylu na własnym stadionie uległa w Pucharze Polski I-ligowemu Podbeskidziu Bielsko-Biała. Po tym spotkaniu Maaskant nie był w stanie nawet skomentować gry swoich podopiecznych. Musiał być mocno zdegustowany, bo zwykle ma dużo do powiedzenia dziennikarzom.

Nieoficjalnie wiadomo, że najwięcej pretensji miał do Garguły. 30-letni pomocnik nie znalazł się nawet w kadrze meczowej. Jest największym rozczarowaniem transferowym od czasów pozyskania Tomasza Dawidowskiego. Z jego przyjściem w 2009 roku wiązano olbrzymie nadzieje. Miał być następcą rozgrywającego Mirosława Szymkowiaka. Do Wisły przyszedł za darmo, ale za to dostał jeden z największych indywidualnych kontraktów w polskiej lidze (rocznie może zarobić nawet 350 tys. euro).


Jego pobyt to, podobnie jak Dawidowskiego (w latach 2004-09 rozegrał zaledwie 14 spotkań dla krakowskiej drużyny), pasmo kontuzji, operacji i długiej rehabilitacji. Garguła jest w Wiśle od czerwca 2009 roku. W tym czasie zaliczył 17 meczów. Jesienią długo próbował zyskać zaufanie Maaskanta i w końcówce rundy, kiedy Wisła z ósmego miejsca po 11. kolejce awansowała na pozycję wicelidera, był już podstawowym zawodnikiem. Na inaugurację wiosny był rezerwowym, w Pucharze Polski Maaskant zdjął go po godzinie, a w piątek odesłał na trybuny.

Podobną drogę w tym sezonie przeszedł Jirsak. Jesienią też najpierw występował w Młodej Ekstraklasie, by w listopadzie odzyskać miejsce w pierwszym składzie. Również Czech przez fachowców jest wymieniany jako kit transferowy Wisły. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę wydanych na niego 700 tys. euro. 27-letni pomocnik gra regularnie, ale ani u Macieja Skorży, ani u Henryka Kasperczaka czy Maaskanta nigdy nie potwierdził, że był wart tych pieniędzy. - Może jakby przyszedł za darmo, to tak bym nie narzekał. Gra tzw. alibi futbol - mówił rok temu Andrzej Iwan, były napastnik Wisły.

- Do drużyny walczącej o europejskie puchary jest za słaby. Ktoś powie, że w Barcelonie też grają niscy zawodnicy, ale są cztery razy szybsi, lepsi technicznie i bardziej inteligentni piłkarsko. Tomek ma świetne uderzenie, ale nie wiadomo, gdzie go ustawić, by można było to wykorzystać - uważał w tym samym czasie Grzegorz Mielcarski, były dyrektor sportowy. - Mówi się o nim, że to rozgrywający. Moim zdaniem wyłącznie może grać jak defensywny pomocnik.

W piątek to właśnie wejście Czecha (zmienił w przerwie kolejnego kandydata do gry w środku pomocy - Michaiła Siwakowa) pozwoliło Wiśle odnieść zwycięstwo. Jirsak potwierdził to, co o nim mówił Mielcarski i pięknym uderzeniem dał prowadzenie. A później pokazał, że jednak potrafi zachować się jak rozgrywający. Zachował zimną krew i wyłożył piłkę Meliksonowi. Po tej akcji zachwycony Maaskant długo klaskał.

Jirsak tradycyjnie był bardzo skromny. O bramce powiedział: - Fakt, była ważna. Dostałem podanie za obrońców, wpuścili mnie w pole karne, a ja uderzyłem. No i wpadło. O pięknej asyście: - Może i była piękna, nie wiem. Wiem tylko, że potrzeba więcej takich podań. Teraz jest chyba ten czas, by pomóc drużynie.