Piłka nożna. Wielka operacja w Wiśle

- W styczniu zwykle odchodzi dwóch graczy, a teraz pożegnało się z nami już czterech. Jesteśmy pod presją raczej niespotykaną w zimowym oknie transferowym - przyznaje Stan Valckx, dyrektor sportowy
Piotr Jawor: Z wicemistrzami Polski pożegnał się Paweł Brożek, od lat najlepszy napastnik klubu. Uda się go zastąpić?

- Mam nadzieję, że następca stawi się już na pierwszym treningu [17 stycznia - przyp. red.].

To będzie zawodnik o takich samych predyspozycjach jak Brożek?

- Może trochę inny. Podobnie do Pawła grają przecież Andres Rios i Maciek Żurawski. Poszukiwany zawodnik mógłby być lepiej zbudowany i mocniejszy fizycznie. Za takim jestem ja i trener Robert Maaskant. Mamy dwóch kandydatów. Być może do napadu pozyskamy dwóch zawodników, ale priorytetem jest zastąpienie Pawła.

A co z następcą Mariusza Pawełka? Pierwszym bramkarzem będzie Milan Jovanić?

- Nie mogliśmy zatrzymać Mariusza, oferta Turków była zdecydowanie lepsza. Milan w Wiśle zaczął obiecująco, ale stracił dużo czasu z powodu problemów z kolanami. Musimy zrobić wszystko, by znaleźć lepszego bramkarza od niego, bo zawsze szukamy wzmocnień, a nie uzupełnień. A kto będzie grał, niech rozstrzygną między sobą na treningach.

Po odejściu Piotra Brożka szukacie też lewego obrońcy?

- Nie. Mamy przecież Dragana Paljicia [do Wisły przychodził jako pomocnik - przyp. red.] oraz Serge'a Branco. Na tej pozycji jest komfortowa sytuacja.

Pawełek i Brożkowie byli wiodącymi postaciami w szatni. Z takich osób w Wiśle został teraz tylko Radosław Sobolewski.

- Mamy kilku doświadczonych zawodników, a w szatni potrzeba dwóch czy trzech liderów. Latem przyszło do nas wielu zawodników, w większości młodych. Teraz chcemy pozyskać piłkarzy, którzy są doświadczeni i wiedzą, co to presja. Tacy na pewno będą liderami, przynajmniej na boisku. Młodzi są potrzebni, ale dobre mecze przeplatają słabszymi. Teraz potrzeba graczy z ustabilizowaną formą i wysokimi umiejętnościami.

Ile lotów Pan odbył i ile DVD obejrzał w poszukiwaniu zawodników?

- Niemal spałem na lotniskach, bo wiele lotów było anulowanych. Ale czasem więcej czasu spędzałem w powietrzu niż na ziemi. Mam jednak do pomocy skautów. Codziennie podróżujemy i pracujemy bardzo intensywnie. Robimy wszystko, by znaleźć dobrych zawodników. To wielka operacja, bo w styczniu na ogół odchodzi dwóch zawodników, a teraz pożegnało się z nami już czterech. Na ich miejsce potrzebujemy trzech lub czterech. Jesteśmy więc pod presją raczej nie spotykaną w zimowym oknie transferowym.

Wzmocnień szukacie tylko za granicą?

- Nie, mamy też kandydatów z Polski, ale ich trudno pozyskać. Nie sądzę bowiem, by konkurencja chciała nas wzmacniać. Ale gdyby cena i umiejętności za zawodnika z Polski i z zagranicy były takie same, to wolelibyśmy Polaka. Łatwiej byłoby mu się dogadać w szatni, a do tego zna kulturę i tradycję.

Darvydas Szernas i Tomasz Lisowski z Widzewa Łódź są na waszej liście?

- Nie, nimi się nie interesujemy.

A jak reagują zawodnicy zagraniczni, gdy oferuje im Pan grę w Wiśle?

- Na pewno nie negatywnie. Wszyscy wiedzą, że mamy szansę występować w europejskich pucharach oraz że ja i Robert tu pracujemy. Na końcu najważniejsze jednak zawsze są pieniądze.

Kibice martwią się, czy uda się wzmocnić Wisłę po stracie aż czterech zawodników.

- Wiem, że to dla nich trudny okres i wszystkim się bardzo przejmują. Ale to znaczy, że są prawdziwymi kibicami, bo tylko tacy troszczą się o klub. Powinni krzyczeć, że ktoś podjął głupią decyzją. To są prawdziwi fani.