Sport.pl

W Cracovii i Wiśle kiedyś święta były inne

W Wiśle jeden piłkarz nie obchodzi Bożego Narodzenia, a inny chce zostać pastorem. Za to dwaj hokeiści Cracovii od lat świętują po polsku, choć dopiero w tym roku spędzą pierwsze święta w Europie
Gdyby każdy piłkarz Wisły miał przygotować na wigilię jedną tradycyjną potrawę ze swojego kraju, to bożonarodzeniowy stół uginałby się od potraw nieznanych w Polsce. Tomas Jirsak pewnie zaserwowałby zupę z rybich łbów, którą zajadają się Czesi. Słowak Erik Czikosz przyniósłby haluszki, czyli kluseczki z makiem, a Dragan Paljić, który ma niemieckie obywatelstwo, ciasto kształtem przypominające dzieciątko. Oprócz tego na stole pojawiłyby się specjały z Bałkanów, Hondurasu, Brazylii, Argentyny i Kamerunu.

Z pustymi rękami zjawiłby się pewnie Nourdin Boukhari. Marokańczyk jest muzułmaninem i nie obchodzi Bożego Narodzenia. - Nie znam znaczenia tych świąt, nie przygotowuję wigilii i nie chodzę do kościoła. Ale dla mnie ważne jest, że w tym czasie mogę być z rodziną i wspólnie siadam z najbliższymi do stołu. Będą moja żona, dzieci, bracia i siostry, kuzyni oraz rodzice. Razem ponad 20 osób - opowiada Boukhari na oficjalnej stronie internetowej wicemistrzów Polski.

Boże Narodzenie to specjalny czas dla Osmana Chaveza. Stoper wicemistrzów Polski jest osobą mocno wierzącą i po zakończeniu kariery chce zostać pastorem. Otrzymał nawet zaproszenie od jednego z kościołów, by prowadzić rekolekcje. - Kiedyś jednak czuło się wyjątkową atmosferę świąt, to był czas wspólnego ich przeżywania. Wszyscy byli radośni bardziej niż zwykle. A teraz przychodzi 24 grudnia i ma się wrażenie, że to taki sam dzień jak każdy inny. Sklepy i banki w Hondurasie są otwarte. Bracia czy znajomi nierzadko muszą tego dnia pracować. Dużo się zmieniło. Święta sprzed 10 czy 20 lat podobały mi się bardziej - przyznaje Chavez.

Hokeiści David Kostuch i Rafał Martynowski są kuzynami. Urodzili się w Kanadzie, gdzie ich rodzice wyemigrowali na początku lat 80. - Dla Polski to były ciężkie czasy, a mimo młodego wieku rodzice mieli już trójkę dzieci. Dlatego zdecydowali się wyjechać za ocean - tłumaczy Kostuch.

Zamieszkali w Toronto, gdzie znajduje się jedno z największych skupisk Polonii w Ameryce Północnej. W okolicach żyje ok. 250 tys. Polaków. Szybko jednak wynieśli się z zatłoczonej stolicy - najpierw do podmiejskiego Scarborough, a później Martynowscy do Maple, a Kostuchowie do Richmond Hill.

Kanada jest zlepkiem wielu kultur. Dominują zwyczaje anglosaskie i francuskie. - Nie ma wspólnej tradycji wigilijnej. Z reguły spędzam jeden dzień z rodziną żony Lority. Oni nie obchodzą Wigilii tak jak my. Na przykład jedzą indyka i mają specjalne gry rodzinne - opisuje Kostuch.

Hokeiści Comarch Cracovii w Boże Narodzenie jeżdżą do polonijnego kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Królowej Polski. - Rodzice dbali, by święta zawsze miały polski charakter. Na stole wigilijnym są ryba i barszcz, koniecznie z uszkami. Kolację zaczynamy modlitwą, a kończymy kolędami - wspomina Kostuch.

Pierwszego dnia świąt zbiera się cała rodzina. Kuzyni nie są zgodni, czy nazwać ją liczną, czy nie. - Ponad 40 osób - przyznaje w końcu Kostuch.

Martynowski: - Teraz wszyscy mają już żony i dzieci. W ciągu kilku lat może być nas mniej więcej 60.

Te święta kuzyni po raz pierwszy spędzą w Polsce. Ich rodziny mieszkają w okolicach Wieliczki, więc skorzystają z ich zaproszeń. Martynowski żałuje tylko, że Bożego Narodzenia nie spędzi z żoną, która musiała polecieć do Kanady, by zaliczyć egzamin na studiach. - Wróci dopiero w Nowy Rok - dodaje zawodnik wicemistrzów Polski.

Po Wigilii hokeiści Cracovii będą mieli dzień wolnego, ale już w niedzielę szkoleniowiec Rudolf Rohaczek zarządził trening - we wtorek drużyna zmierzy się bowiem w półfinale Pucharu Polski z Aksam Unią Oświęcim. Jeśli wygra, dzień później zagra w finale.

Do takiego tempa zawodnicy zdążyli się już przyzwyczaić. - Gdy występowałem w Stanach Zjednoczonych, to rozgrywki zaczynały się już 27 grudnia - przyznaje Martynowski.