Sport.pl

Trzy marzenia nowego stopera Wisły

Wisła w końcu podpisała umowę z Osmanem Chavezem. - Przyjazd do Europy to spełnienie snów - podkreśla 26-letni reprezentant Hondurasu, który w najbliższym meczu nie będzie mógł jeszcze zagrać.
Jesteś ligowym ekspertem? Zagraj w Wygraj Ligę »

Na Chaveza krakowianie polowali od kilku tygodni, a w pewnym momencie wydawało się nawet, że sprawa jest nieaktualna. Wicemistrzowie Polski wrócili jednak do rozmów i kilka dni później Chavez był już w Krakowie. Szybko podpisał kontrakt, ale wszedł on w życie dopiero, gdy zawodnik pomyślnie przeszedł testy medyczne.

Honduranin trenował z krakowianami, ale przez ponad tydzień klub nie ogłosił, czy jest już zawodnikiem Wisły. Oficjalna prezentacja odbyła się wczoraj. - Ta sprawa trochę się ciągnęła ze względów formalnych. Teraz mamy jednak nadzieję, że Osman będzie pewnym punktem naszej obrony, która ostatnio nie bardzo nam się przysłużyła - przyznaje Jakub Jarosz, dyrektor wykonawczy Wisły.

Krakowianie wypożyczyli Chaveza na rok, a po tym okresie będą mogli go wykupić z CD Platense. Piłkarz na razie nie może występować, bo jego certyfikat jeszcze nie dotarł do Polskiego Związku Piłki Nożnej. Gdy tylko to się stanie, zawodnik poleci do ojczyzny po wizę. Dopiero z tymi dokumentami będzie mógł zadebiutować w Wiśle. - Sądzę, że wszystko uda się załatwić w ciągu 10 dni - uważa Chavez.

To oznacza, że Honduranin nie zagra w niedzielę przeciwko Ruchowi Chorzów, a występ w kolejnym spotkaniu - z Widzewem Łódź - stoi pod znakiem zapytania.

Rozmowa z Osmanem Chavezem, nowym stoperem Wisły

Piotr Jawor: Czemu zdecydował się Pan na Wisłę?

Osman Chavez: W życiu miałem trzy marzenia: zostać profesjonalnym piłkarzem, reprezentować Honduras i spróbować sił w Europie. Teraz mój ostatni sen się spełnił. Tutaj piłka to coś zupełnie innego. Organizacja klubów jest dużo lepsza, stadiony nowoczesne, a na mecze chodzi wielu kibiców. Kocham Honduras, ale Europa piłkarsko szybciej się rozwija. Grając w ojczyźnie, nie miałbym szans zmierzyć się np. z Barceloną.

Ale czemu akurat Polska?

- O to samo zapytał mnie ostatnio jeden z dziennikarzy w Hondurasie i powiedziałem, że gra w tym kraju to dla mnie wielkie wyróżnienie. Polska może nie jest dobrze znana w świecie, ale nie jest to również kraj, którego nikt nie kojarzy. Chcę się tu rozwijać, by iść do przodu. W waszym kraju grał np. mój rodak Carlo Costly i wiem, że można stąd zrobić kolejny krok w karierze.

Rozmawiał Pan z byłym napastnikiem GKS-u Bełchatów o Polsce?

- Tak i powiedział, że przeprowadzka to bardzo dobry wybór. Mówił, że nie powinienem się nawet zastanawiać.

Miał Pan jakieś inne oferty?

- Kontrakt z Chin leżał na stole, ale nazwa zespołu była zbyt skomplikowana, bym ją zapamiętał. Zgłosiły się po mnie także kluby z Urugwaju oraz z Hiszpanii. Tam jednak musiałbym czekać, aż drużyna sprzeda swojego stopera, i dopiero wtedy zostałbym zatrudniony.

Jak Pan wspomina występ na mistrzostwach świata w RPA?

- To było fantastyczne przeżycie, bo Honduras zagrał na mundialu pierwszy raz od 28 lat. Organizacja imprezy była niesamowita, a zmierzenie się z takimi zawodnikami jak Fernando Torres, Andres Iniesta czy David Villa [Honduras w fazie grupowej przegrał z Hiszpanią 0:2 - przyp. red.] to coś nieprawdopodobnego.

Z kim z reprezentacji najmocniej się Pan zaprzyjaźnił?

- Moim największym przyjacielem jest Bóg... W kadrze dobrze rozumiałem się ze wszystkimi, ale najlepiej z bramkarzem Ricardo Canalesem. W RPA mieszkaliśmy w jednym pokoju.

W Wiśle zdecydował się Pan na grę z numerem 4. Wcześniej ten numer miał Marcin Baszczyński.

- Z "4" zaczynałem karierę w Platense, choć w reprezentacji ten numer ma kto inny. W Wiśle na szczęście był on wolny.

Laboratorium w Wiśle Kraków »


Więcej o: