Sport.pl

Wisła - Legia, czyli to był straszny szlagier

Trzeba było znieść pół godziny niemożliwego futbolowego gniota, zanim nastąpił zryw Wisły. Wystarczyło, że potrwał trzy minuty, a dał jej prowadzenie. Gol Marcelo, asysta Rafała Boguskiego, chyba jedynego faceta na boisku, który od początku próbował być przy piłce i używać rozumu w tym samym momencie - pisze o niedzielnym meczu Rafał Stec
Ekstraklasa.tv: Zobacz co działo się na Reymonta »

Całe szczęście, że zryw wreszcie nastąpił, bo wszystko, co widzieliśmy wcześniej, było chaotycznym kłębowiskiem koszmarnych wpadek. Widzów przypadkowych (transmisję dawała wyjątkowo TVP) należało na dobrą sprawę przestrzec, że futbol wcale nie polega na kopaniu bez sensu i równoczesnym wyczekiwaniu, aż przypadek wturla piłkę do bramki. Przed pierwszym gwizdkiem trenerzy cieszyli się, że deszcz skropił trawę - tak po hiszpańsku - bo będzie można grać szybko, a potem ich gracze urządzili sobie konkurs, kto kopnie piłkę wyżej. W czym celowali zwłaszcza goście, którzy całymi minutami zachowywali się jak dzieci katowane przez ojca degenerata - tak bardzo bojące się kolejnych sesji tortur, że roztrzęsione nie są w stanie niemal żadnego ruchu wykonać poprawnie. Nie - z klasą. Poprawnie. A przecież Jan Urban trenerem zamordystą nie jest. Uchodzi raczej za dobrotliwego, łagodnego, nawet pobłażliwego.

Identycznych przymiotów będzie musiał wypatrywać u zwierzchników, jeśli w Legii coś nie drgnie. Jego ludzie wciąż tworzą zbieraninę bez właściwości, bazującą na odosobnionych udanych wypadach przeciętnego - co za paradoks! - Takesure'a Chinyamy. W niedzielę napastnik z Zimbabwe pracowicie i z zapamiętaniem udowadniał, że jest taktycznym analfabetą. Kiedy powinien biec w lewo, biegł w prawo, kiedy wypadało zrobić krok w tył, robił krok w przód, uporczywie pchał się na pozycję spaloną etc. Przy w miarę solidnie zorganizowanym rywalu wyraźnie widać, że mocny strzał oraz łatwość błyskawicznego podejmowania decyzji nie wystarczają, że na boisku potrzeba jeszcze mocnej głowy. Bardziej przygnębia tylko jedno - trener pretendenta do tytułu nie ma dla Chinyamy ani jednego zmiennika.

Ekstraklasa.tv: Fatalne pudło Chinyamy - wideo »

Bylejakość gry warszawian sprawia, że aż głupio wykładać jej ładne statystyki, ale cóż, czystej arytmetyki nie zakłamiesz. Otóż piłkarze z Warszawy tracili do niedzieli średnio jednego na dwie kolejki. I jeśli tę przeciętną (obniżoną w Krakowie tylko nieznacznie) utrzymają, zakończą sezon jako najszczelniejsza defensywa w całej historii polskiej ligi! Dotychczas królowali pod swoją bramką Ruch Chorzów oraz Widzew Łódź, obie drużyny w tym samym sezonie - 1984/1985.

Statystyki mimo zakłopotania podaję, bo sporo mówią o poziomie rozgrywek. Warszawianie wystawili pod Wawelem obronę juniorsko rozdygotaną i niedokładną. Aż strach pomyśleć o wszystkich tych, dla których stanowi ona barierę nie do przebycia.

Kibic tęskniący za polskim klubem w Lidze Mistrzów powinien odetchnąć z ulgą. Piłkarze Lecha Poznań mają charakter oraz mentalność godny poważnych międzynarodowych rozgrywek (i dobre wspomnienia z Pucharu UEFA), piłkarzom Wisły trener Maciej Skorża wpoił agresywny pressing, którym usiłują skrępować przeciwnika daleko od własnego pola karnego. To styl europejski i nowoczesny, nawet jeśli obrońcom tytułu daleko do doskonałości. Legia nie ma niczego. Bo co, miałaby wypuścić Chinyamę na rywali jeszcze przebieglejszych i bardziej doświadczonych? Groteska.

Niestety, drużyna spod Wawelu też straszy gigantycznymi dziurami. Kiedy z kontuzją musiał zejść z boiska Marcelo, trener Skorża jak zwykle nie miał rezerwowego stopera. Ani jednego. Jeśli przypomnieć sobie jeszcze plany wyeksportowania Pawła Brożka, niełatwo uwierzyć, że regulaminowa rewolucja w LM ułatwi nam eliminacje. Dlatego to był ligowy hit straszydło. Straszyła beznadzieja przerażonej stawką meczu Legii, straszyła myśl o zagranicznych popisach naszego - ktokolwiek nim zostanie - mistrza, straszył poziom i skandalicznie wolne tempo gry. Brrr, nigdy więcej takich szlagierów.

Podyskutuj o felietonie w blogu Rafała Steca