Sport.pl

Obok muru:To idzie przyszłość

W sumie mają tylko dziesięć lat więcej od Henryka Kasperczaka. Są w pierwszej trójce najmłodszych trenerów w ekstraklasie, nawet kilku piłkarzy jest starszych. Maciej Skorża w styczniu skończył 37 lat, Rafał Ulatowski jest o rok młodszy. Jeden prowadzi drużynę mistrza Polski, drugi pomaga Leo Beenhakkerowi w reprezentacji Polski.
Powiedzieć o nich "przyszłość polskiej piłki" to mało. Obaj należą do pokolenia, które należy nazwać jedyną przyszłością polskiej piłki. Oby wreszcie nieskażoną tą samą od pół wieku dydaktyką z podręcznika "ABC młodego piłkarza" i metodami przymusowo dziedziczonymi po Antonim Piechniczku i Jerzym Engelu. Może to oni uświadomią wreszcie Piechniczkowi, że o ile statystycznie ma rację, mówiąc, że był ostatnim polskim trenerem z sukcesami, o tyle upoważnia to zarówno jego do twierdzenia, że jest najlepszym polskim szkoleniowcem w historii, jak i nas do zarzucania mu, że było to ćwierć wieku temu i nie wychował ani jednego następcy. A właśnie za to odpowiada od lat w PZPN.

W sobotę Skorża i Ulatowski ze swoimi jedenastkami stanęli naprzeciw siebie w bezpośrednim pojedynku. Na boisku w Bełchatowie padł remis, mecz wodzów również wypada uznać za nierozstrzygnięty.

W trenerskiej ekspresji obaj mieszczą się pewnie w średniej światowej. Nie są tak impulsywni jak choćby Franciszek Smuda, ale nikt też nie przynosi ich na mecz z magazynu manekinów - jak choćby słynnego Walerego Łobanowskiego, który potrafił przez 90 minut nie tylko nie zmienić pozycji na ławce, ale nawet wyrazu twarzy.

Bronią Skorży i Ulatowskiego jest niewątpliwie autorytet - i to brzmi również optymistycznie. Polskim szkoleniowcom brakowało wszak do tej pory nie tylko umiejętności warsztatowych, ale też psychologicznych. Znów przywołując przykład Smudy, który wygrywa w dużej mierze dzięki własnej charyzmie.

W Bełchatowie obaj poruszali się przed ławkami niemal identycznie - dojście do linii, kilka kroków w bok, powrót pod daszek, obaj używali niemal tych samych słów - "bliżej", "gramy" itd. Ulatowski ma może donośniejszy głos, w przeciwieństwie do Skorży ciśnie czasem grubym słowem. Ale jedno jest u nich takie samo. Są niepodważalnymi dowódcami w boksie. Podczas sobotniego meczu nikt inny w obu ekipach nie śmiał wstać z krzesełek, krzyczeć w kierunku boiska czy komukolwiek cokolwiek podpowiadać. Widać, że szkoleniowcy w Wiśle i PGE GKS mają monopol nie tylko na przygotowanie drużyny i odpowiedzialność za wyniki, ale i na prowadzenie jej w czasie meczów. Potrzebują już właściwie tylko jednego - wyłączności na zwycięstwa.

Ekstraklasa: Lech nie wykorzystał szansy - czytaj tutaj »