Sport.pl

Paweł Brożek: Chcę wyjechać do dobrego klubu w silnej lidze

Dopiero jak wiosną zagram w Belfaście i strzelę gola, powiem, że Leo Beenhakker się nie pomylił, i to są moje eliminacje - mówi Paweł Brożek Król strzelców poprzedniego sezonu chce znowu wywalczyć koronę dla snajpera ligi. W sobotę napastnik Wisły strzelił dwa gole Lechii Gdańsk. W środę czeka go towarzyski mecz reprezentacji z Irlandią.
Z Irlandią bez Murawskiego »

Robert Błoński, Andrzej Klemba: Co pan pomyślał, kiedy Leo Beenhakker powiedział we wrześniu: "To będą eliminacje Pawła Brożka. Nadchodzi jego czas".

Paweł Brożek: Liczyłem na powołanie, mimo że nie byłem na Euro. Trener dał mi do zrozumienia że nie pojadę na mistrzostwa po marcowym spotkaniu z USA. Pogodziłem się, ale zabolało, że moje nazwisko nie znalazło się nawet w szerokiej kadrze. Każdy wie, że powinienem być wśród 30 najlepszych polskich piłkarzy. Zacisnąłem zęby i wiedziałem, że trener o mnie nie zapomni. Może ta publiczna wypowiedź to rekompensata za Euro? Nie wiem, ale cieszę się, że w końcu dostałem szansę.

Beenhakker dał panu jasny sygnał: jesteś napastnikiem nr 1.

- Nie wiem, dlaczego zmienił podejście do mnie. Nie powiedział mi.

Dwa lata wcześniej był pan na mundialu w Niemczech. Można było odnieść wrażenie, że niewiele pan z tego wyjazdu skorzystał.

- Dostałem szansę, wchodziłem na boisko, raz nawet trafiłem w słupek. Dla mnie to była przygoda i już wtedy zastanawiałem się, czy dalej będę grał w kadrze. Nikt nie wie, co by było, gdyby Janas nie stracił pracy. Na początku w ogóle nie dostawałem powołań od Leo Beenhakkera.

Po meczu z USA miał pan znowu pół roku odpoczynku od reprezentacji. Miał pan jakieś postanowienie, jadąc na wrześniowe zgrupowanie do Wronek?

- Tak. Do tej pory w reprezentacji głównie siedziałem na ławce albo wędrowałem na trybuny. Teraz chciałem pokazać na treningach, że należy mi się miejsce w podstawowym składzie. Po wypowiedzi Leo Beenhakkera zdawałem sobie sprawę, że jestem blisko. Ale selekcjoner bardzo dużą wagę przywiązuje do formy na zajęciach. Kto dobrze na nich wygląda, ten gra. We wrześniu byłem wkurzony. Kontuzja wyeliminowała mnie z meczów przeciwko San Marino i Słowenii. Szkoda, z nimi można było strzelić parę goli i poczuć się pewniej w kadrze.

Beenhakker zdania nie zmienił i postawił na pana z Czechami.

- To najmilszy moment w reprezentacji, choć świetnie wspominam również debiut - z Meksykiem w Chicago. Strzeliłem pięknego gola drużynie ze światowego topu. Ale spotkanie z Czechami było o punkty, a na dodatek pokonałem jednego z najlepszych bramkarzy świata. To był dla mnie przełomowy moment.

Takie bramki jak Petrowi Czechowi strzela pan rzadko.

- Bo jestem królem pola karnego. Ale okazało się, że umiem strzelać z dalszej odległości. Zaraz potem powtórzyłem to w lidze.

Od zawsze chciał pan być piłkarzem?

- Tak. Piłka sprawiała mi dużo radości i w wieku 15 lat postanowiliśmy z Piotrkiem wziąć się do futbolu na poważnie. Dlatego wyjechaliśmy do SMS w Zabrzu.

Rywalizacja z bratem pomagała?

- Zdarzało się, że wychodziliśmy na boisko szkolne i przez trzy godziny graliśmy tylko ze sobą. Rywalizacja wyszła na dobre, choć do dziś kłócimy się, kto jest lepszy. Ja mówię, że ja, a Piotrek, że on (śmiech). I tak już pewnie zostanie.

Zawsze był pan napastnikiem?

- W trampkarzach i juniorach często się wymienialiśmy na pozycjach z bratem. Grałem albo w ataku albo w pomocy. Podawaliśmy tylko do siebie.

Kiedy ostatecznie przekonał się pan, że będzie piłkarzem?

- Po przyjściu do Wisły. Trener Adam Nawałka ściągnął do Krakowa ponad 20 zawodników z rocznika 1983. Mieliśmy taką pakę, że zdobyliśmy mistrzostwo Polski juniorów starszych, choć byliśmy o dwa lata młodsi od reszty. Wiedzieliśmy, że nie każdy z tej ekipy zrobi karierę. Mieliśmy bardzo rozrywkową grupę, ale ja i Piotrek szybko wydorośleliśmy. W wieku 15 lat wyjechaliśmy z domu rodzinnego i musieliśmy sobie radzić. Było nam łatwiej, bo byliśmy we dwóch i przynajmniej było się do kogo odezwać. A piłkarzem poczułem się, kiedy pierwszy raz wszedłem do szatni seniorów za czasów trenera Oresta Lenczyka.

Pamięta pan?

- Bałem się jak diabli. Miałem 16 lat, a w szatni Wisły: Kałużny, Czerwiec, Sarnat, Kulawik, Węgrzyn, Pater... Przywitałem się, usiadłem w kącie i byłem cicho.

I przez następnych siedem lat strzelił pan mniej goli niż w ostatnich dwóch sezonach...

- Bo nie grałem w podstawowym składzie. Gole strzelali Żurawski i Frankowski, a ja wchodziłem na pięć minut. Rozegrałem chyba z 60 takich pięciominutówek. Podstawowym zawodnikiem jestem od 3,5 roku. Dlatego uważam, że moja średnia [0,41 gola na mecz] jest niezła.

Lepsza niż Macieja Żurawskiego w pana wieku.

- Nie porównujcie mnie do Maćka. "Żuraw" to mój idol! Poważnie. Zawsze lubiłem oglądać jego grę i dużo się od niego nauczyłem. To dla mnie wzór jako piłkarz.

No i zaczyna pan zachowywać się na boisku jak on...

- Staramy się z trenerem Skorżą zmieniać mój styl gry, by przeciwnik nie miał łatwości w rozszyfrowaniu. W jednym meczu cofam się po piłkę nawet do środka boiska, ale np. w spotkaniu z Odrą miałem się nie ruszać spod pola karnego. Chcemy zaskoczyć rywala. W Warszawie przeciwko Legii wracałem się i próbowałem rozgrywać. Nie chciałem, by potem powiedziano, że przeszedłem obok meczu.

Jak dużo w pana karierze zmienił trener Skorża?

- Najwięcej. Pamiętam naszą pierwszą rozmowę. Od razu powiedział, że będzie na mnie stawiał i mam u niego wielki kredyt zaufania. Poczułem ulgę, bo miałem za sobą fatalny sezon. Zajęliśmy ósme miejsce w lidze, a ja strzeliłem siedem bramek. Miałem trochę obaw, ale niepotrzebnie. Do tego trener Skorża dodał jeszcze, że... będę królem strzelców. Prorok po prostu.

Co mówił przed tym sezonem?

- Rozmawialiśmy głównie o tym, by dobrze zaprezentować się w pucharach. Rywali mieliśmy najlepszych z możliwych i walczyliśmy jak równy z równym.

Po meczu w Barcelonie nie mieliście dość piłki?

- Gdy teraz oglądam w telewizji, jak gra Barcelona i jakie osiąga wyniki, to zaprezentowaliśmy się tam nieźle (śmiech). Zlali nas strasznie, ale Barcelona to jedna z najlepszych drużyn świata. Grając przeciwko niej, biegaliśmy dwa razy więcej niż zwykle. Oni grali w piłkę, "rozklepali" nas. Różnica w umiejętnościach jest ogromna.

Słyszał pan, że przed rewanżem Josep Guardiola wypytywał trenera Skorżę o... Pawła Brożka?

- Uśmiechnąłem się, jak to usłyszałem. Ale wątpię, bym kiedykolwiek tam zagrał.

Boi się pan zagranicy? Podobno po otrzymaniu oferty z Nancy powiedział pan, że nie jest jeszcze gotowy do wyjazdu. Odebrano to jako tchórzostwo.

- Powiem, jak było. Podczas urlopu w Zakopanem zadzwonił do mnie prezes i poinformował, że jest oferta z Nancy. Powiedziałem jedno słowo: "Rozmawiajcie". Za chwilę zadzwonił dziennikarz z radia i mówił, że zostałem sprzedany do Francji. To ja za telefon i pytam prezesa, o co chodzi? Wszystkiemu zaprzeczył. Negocjacje trwały, wersja zdarzeń zmieniała się co chwila. Francuzi chyba nie do końca byli zdecydowani, wahali się. Poza tym w ogóle nie skontaktowali się ani ze mną, ani z moim menedżerem. To podziękowałem. Albo ktoś mnie chce, albo nie.

Dużo panu brakuje do napastników z mocnych drużyn europejskich?

- Żeby się przekonać, trzeba najpierw tam pojechać. W tej chwili są lepsi ode mnie, ale to się może zmienić.

Przepaści nie ma. Problem w tym, że polskie drużyny nie potrafią grać na wyjazdach z lepszymi od siebie. Tak jak my w Londynie. Zasłużyliśmy na remis, ale zabrakło spokoju i obycia. Gdyby polski klub miał 20 równorzędnych zawodników, byłyby szanse nie tylko zaistnieć, ale i zadomowić się w pucharach. No, chyba że znowu losował będzie jakiś szaman. I trafimy na Real albo Barcelonę.

Z Realem czy Barceloną Wisła szans raczej mieć nie będzie. Ale z Tottenhamem miała. W rewanżu miał pan wyborną sytuację, by doprowadzić do dogrywki. Rozpamiętuje pan takie niepowodzenia?

- Każdy mecz oglądam na DVD i zastanawiam, co mogłem zrobić lepiej, a czego nie powinienem. Sytuacja z tamtego meczu śniła mi się trzy dni. Ale dziś zmarnowane sytuacje już mnie nie dołują. Kiedyś było z tym różnie. Wracając do meczów z Anglikami, to w rewanżu sami sobie strzeliliśmy gola. Oni by nam nic nie zrobili.

Widziałby się pan w Premier League?

- Po meczach z Tottenhamem czułem się tak, jakbym rozegrał trzy spotkania w polskiej lidze. King i Woodgate mocno dali mi się we znaki. W dwumeczu miałem asystę, strzeliłem gola. Ale jak pomyślę, że musiałbym tam grać co trzy dni takie mecze... Chyba musiałbym przytyć z 10 kg (śmiech).

Tomasz Hajto powiedział kiedyś tak: Gdyby przyjechał do nas autobus z napisem "zachodni klub", każdy piłkarz polskiej ligi wsiadłby do niego, jak stoi i jeszcze zapłacił za paliwo, byle tylko wyjechać. Zgodzi się pan z tym?

- Chcę wyjechać, ale podchodzę do tego spokojnie. To musi być transfer, z którego będę zadowolony ja i klub. Dużą rolę odegra trener Skorża. Liczę się z jego zdaniem, szanuję go, dlatego najpierw z nim rozważę, co robić.

Przestrogą dla pana są losy Żurawskiego, Kosowskiego, Szymkowiaka czy ostatnio Matusiaka na obczyźnie?

- Maciek i Mirek byli przynajmniej przez rok idolami w Celticu i Trabzonie. Potem przeszkodziły im kontuzje. Rozmawiam z piłkarzami, którzy byli albo są na Zachodzie. Postaram się rozważnie wybrać kierunek.

W pana grze widać ewidentny postęp w tym sezonie. Skąd się wziął?

- Kiedy napastnik strzela bramki, czuje się dużo pewniej, zwłaszcza psychicznie. Zmieniłem mentalność. Umiejętności miałem zawsze, ale czasem paraliżował mnie stres. Techniki czy strzelania na bramkę nie można się nauczyć w wieku 25 lat. Najbardziej czułem presję, kiedy odeszli Frankowski z Żurawskim i na mnie spadł ciężar strzelania goli. W ostatnich miesiącach poczułem się zdecydowanie pewniej, trener na mnie stawiał i nie zniechęciłby się po jednym czy dwóch meczach bez gola. To dla mnie ważne.

Presja nie jest mniejsza. Zdaje pan sobie sprawę, w jakim stopniu w tym sezonie Wisła zależy od goli Brożka?

- Tak, ale co mam powiedzieć? Gdyby któryś z obrońców miał więcej bramek niż ja, byłoby to dla mnie hańbą. Czuję się doskonale, że wszyscy na mnie liczą.

Ten sezon dla Wisły jest inny niż poprzedni. Pana zespół stracił punkty z trzema ostatnimi drużynami ligi!

- Mamy problem ze skutecznością. W każdym z tych meczów mieliśmy po kilkanaście okazji.

Z Legią Wisła nie potrafi wygrać od prawie roku.

- Mają farta i tyle. Ostatnio strzelili nam gole, których nie mieli prawa. Poza tym znowu zmarnowaliśmy parę świetnych okazji.

Czy Lech ma zespół na mistrzostwo Polski?

- Będzie im ciężko. Pamiętam sezon, w którym graliśmy w grupie Pucharu UEFA, i w lidze mieliśmy problemy. Tak jak Lech kadrę mieliśmy szczupłą i odbiło się to na wynikach w lidze. W tym roku pewnie im się nie uda zdobyć tytułu, ale już mają drużynę na mistrza Polski.

Robert Lewandowski...

- Świetny jest. Piłka szuka go w polu karnym. Potrafi się znaleźć i wykończyć akcję. Z Bełchatowem, w ligowym debiucie, strzelił kapitalnego gola piętą. Powiem wam szczerze, że kiedyś sam chciałbym taką strzelić. Życzę mu, by potwierdził talent w przyszłym sezonie, bo drugi sezon jest zawsze najtrudniejszy. Kibicuję mu, bo rzadko kiedy w polskiej lidze tak gra 20-latek.

Miał pan kiedykolwiek momenty zniechęcenia do piłki?

- Trener Kasperczak przesunął mnie kiedyś do rezerw. Chciał się pozbyć. To nie było miłe. Ale jakoś przekonałem go do siebie. A później była zmiana szkoleniowca.

Z Wisłą osiągnął pan niemal wszystko...

- Nie wszystko! Wciąż nie awansowałem do Ligi Mistrzów. Chyba chciałbym spróbować jeszcze raz. Wiśle dużo zawdzięczam i naprawdę nie wykluczam, że będę w niej grał do 35. roku życia. Teraz trzyma mnie to, że zamierzam potwierdzić tytuł króla strzelców, by nikt nie mówił, że to był przypadek.

Da się w nieskończoność motywować na mecze, powiedzmy, w Wodzisławiu?

- Akurat teraz jechaliśmy tam mocno "napompowani". Ludzie gadali, że mają na nas patent. No to chcieliśmy pokazać, że tak nie jest. Udało się, choć od 80. minuty myślałem, że bramki w Wodzisławiu pozostaną dla nas zaczarowane. Na szczęście Marek Zieńczuk trafił mnie piłką w głowę i odetchnęliśmy (śmiech). Motywacją dla mnie jest sama radość z gry w piłkę.

W meczu z Lechią dwa gole i dwa wypracowane rzuty karne. Jest pan najlepszym piłkarzem ligi?

- Takie określenia kreują media, nie wiem, jak to widzą kibice. Napastnikowi łatwiej zasłużyć na takie miano, bo strzela bramki. Idzie mi teraz znakomicie, ale kiedy wychodzę na boisko, nie myślę o sobie, że jestem najlepszy. To by nie pomagało.

Lepiej być królem Krakowa, niż walczyć o miejsce w ligowym średniaku na Zachodzie?

- Nie jestem minimalistą i chciałbym spróbować sił w niezłym klubie silnej ligi europejskiej. Powiedzmy, z Hiszpanii. Na razie jednak ofert nie ma.

Czego i od kogo może się pan jeszcze w polskiej lidze nauczyć?

- Hm, poszukajmy... Na pewno od kogoś można. Ale najwięcej nauczyłbym się, grając z Wisłą jak najwięcej meczów w pucharach. Nawet sparingi z dobrymi rywalami dużo dają. Rok temu pokonaliśmy w Stanach Sevillę i ta wygrana dała nam "kopniaka" na cały sezon. Ligę wygraliśmy z dużą przewagą.

Wisła potrzebuje wzmocnień?

- Potrzebuje. Ale wzmocnień, a nie uzupełnienia składu. Niech przyjdzie trzech-czterech piłkarzy. Liczyłem na to jeszcze latem, przed meczami w pucharach. Stało się inaczej, szkoda. Do awansu do grupy UEFA zabrakło niewiele.

Grał pan tej jesieni przeciwko obrońcom Barcelony, w defensywie Czech byli zawodnicy Milanu, Juventusu, Lazio, Atletico...

- Okazało się, że można ich ograć.

A my do dziś nie potrafimy sobie wytłumaczyć tej asysty w meczu ze Słowacją. Trener Maciej Skorża też powiedział żartem, że w Wiśle, będąc sam przed bramkarzem, nigdy nie podałby pan do kolegi. A w Bratysławie wyłożył pan piłkę Ebiemu.

- Pierwsza myśl była oczywiście: "strzelaj"! Ale piłka została mi pod nogą. Pojawił się obrońca i musiałem wybierać w ułamku sekundy. Podałem, ale wystraszyłem się, że jest spalony. Byłoby na mnie, że zamiast strzelać, podawałem. Tę asystę wymusiła na mnie sytuacja i katastrofalne boisko. Normalnie to bym strzelał. Bez dwóch zdań. Szkoda tamtej porażki jak diabli.

Zdążył pan już zauważyć, czym różni się Beenhakker od polskich trenerów?

- Nie mówi po polsku (śmiech). Podobnie jak trener Skorża duży nacisk kładzie na to, co siedzi w głowie piłkarza. Mam problemy z mówieniem po angielsku, ale świetnie rozumiem, co trener ma mi do przekazania. Zresztą, czego można chcieć od napastnika oprócz goli?

Czy już czuje się pan ważną postacią reprezentacji?

- Zagrałem dopiero dwa spotkania w tych eliminacjach. Chciałbym być wiodącą postacią kadry. By tak było, przez cały rok trzeba być w optymalnej formie, a to nie takie proste.

Leo Beenhakker mówił po porażce w Bratysławie, że kluczowy dla niego i drużyny będzie marcowy mecz z Irlandią Północną w Belfaście.

- Wychodzi na to, że i dla trenera, i dla drużyny, i dla... Pawła Brożka. Jeśli tam potwierdzę formę, strzelę gola i wygramy, poczuję się mocnym ogniwem kadry. Na razie jednak, w środę, gramy w Dublinie z Irlandią. W jej kadrze są głównie gracze z Premiership. Będzie walka jak z Tottenhamem. Ale nie pękam.

Widzi pan brata w kadrze?

- Poprzedni sezon miał udany, także w tej rundzie gra bardzo dobrze. Zasługuje, by trener Beenhakker go sprawdził.

Myślał pan, co będzie robił po zakończeniu kariery?

- Na pewno nie zostanę przy piłce. Poświęciłem jej ponad połowę życia i później chcę robić coś innego. Trenerem nigdy nie będę. Za nerwowy jestem. Na mecze będę chodził. Towarzysko.

Jest pan rozpoznawalny? Popularność dokucza?

- Zakładam czapeczkę i patrzę w ziemię. A jak mimo wszystko kibice się orientują, że ja to ja, to mówię że jestem Piotrek, a Paweł zaraz przyjdzie. I mam spokój.

Więcej o: