Sport.pl

Maciej Sadlok: Już przesiąkłem derbami Krakowa [ROZMOWA]

- Zimne głowy muszą być. Szczególnie gdy ktoś dłużej jest w Wiśle i bardziej czuje derbową atmosferę - mówi przed meczem z Cracovią Maciej Sadlok, obrońca Wisły Kraków. Początek spotkania o godz. 20.30, relacja na krakow.sport.pl.
Damian Gołąb: Po dwóch porażkach na Wybrzeżu więcej w was złości czy rozczarowania?

Maciej Sadlok: I trochę tego, i tego. Złość, bo wróciliśmy bez punktów. Rozczarowanie, bo nikt przed wyjazdem nie wyobrażał sobie, że tak się to zakończy.

Przez tydzień trenowaliście w Gniewinie. Był czas na integrację?

- Tak, ale wielkich luzów nie było, rozegraliśmy przecież sparing. Zagrałem pełne 90 minut, w wysokiej temperaturze, w samo południe. Dość mocno go więc odczułem. Było obiecane przez trenera piwo, na początku zgrupowania mogliśmy porozmawiać przy grillu. To ważne, są nowi zawodnicy, ten obóz na pewno dobrze im zrobił.

Czym różnią się derby Krakowa od derbów Śląska czy Warszawy, w których też pan grał?

- W odróżnieniu od śląskich derbów kluby są z jednego miasta. Kibice obu drużyn na co dzień często się ze sobą stykają. To chyba jeszcze bardziej pompuje atmosferę. Z kolei w Warszawie Polonia to klub z tradycjami, ale Legia ma zdecydowanie więcej kibiców. Derbów z Cracovią jeszcze nie wygrałem. Czas poznać smak zwycięstwa.

Któreś derby szczególnie zapadły panu w pamięć?

- Na pewno te na Stadionie Śląskim. Przyszło 40 tys. kibiców. A wtedy w Polsce nie było jeszcze tak wielu nowych stadionów. Świeże są wspomnienia z Krakowa, bo jest tutaj duże napięcie, derby są ogniste, wokół jest duża wrzawa. Na stadionie Cracovii wszystko jest blisko, głośno. U nas atmosfera też jest fantastyczna.

Najwięcej derbów rozegrał pan w Ruchu Chorzów. Kibice przypominali wam, jaki mecz was czeka?

- W Chorzowie jest tradycja, że przed każdymi derbami kibice przychodzą na trening. Wtedy zajęcia przypominają mecz - czasami oglądało nas dwa tysiące fanów, dopingowali, odpalali race. Po treningu wspólnie śpiewaliśmy. Bez względu na miejsce w tabeli to było dla nich bardzo ważne spotkanie i do końca chcieli nam dodać otuchy.

Na stadionie Cracovii wyczuwa się wrogość wobec piłkarzy Wisły?

- Szczególnie kiedy biega się przy linii bocznej. Gdy piłka wychodzi na aut albo jest rzut rożny, nie jest zbyt sympatycznie. Kibice chcą wytrącić nas z równowagi, ale tego nie unikniemy. Nasza głowa w tym, by się od tego odciąć. I zamienić wulgaryzmy czy obelgi w motywację.

W drużynie, z którą przegraliście w zeszłym roku, nie ma już Rakelsa, Kapustki, kontuzjowany jest Dąbrowski.

- Te nazwiska dawały jej jakość, może to teraz ciut słabszy zespół. Szczególne osłabienie to brak Dąbrowskiego. Przykra sprawa, niedawno wrócił po kontuzji. To naprawdę dobry zawodnik. Dla nas to będzie plus, bo stracili dyrygenta drużyny. Przede wszystkim musimy się jednak skupić na sobie, by zmazać plamę po ostatnich porażkach.

Po przegranych derbach z jesieni zwolniony został Kazimierz Moskal. Tamta porażka długo w was "siedziała"?

- Konsekwencje były duże, a ten mecz w naszym wykonaniu wcale nie wyglądał źle. To były właśnie typowe derby - nawet po dobrym spotkaniu można przegrać. Wyszło, jak wyszło, a potem było już tylko gorzej. Na szczęście to za nami. Nie wyobrażam sobie, by teraz powtórzyła nam się seria przegranych.

Przed takim meczem dodatkowo się mobilizujecie czy trzeba tonować nastroje?

- Mobilizować nikogo nie trzeba. Czasami chyba warto się uspokoić. Zimne głowy muszą być. Szczególnie, gdy ktoś dłużej jest w Wiśle i bardziej czuje derbową atmosferę. Ja też już tym przesiąkłem. Dla mnie to ogromnie ważny mecz. Mimo wszystko trzeba do niego podejść jak do normalnego spotkania, bo w głowie i tak siedzi, że to derby. I tonować niektóre zachowania na boisku.

Prowadzi pan jakieś statystyki derbów, w których brał udział?

- Nie, ale wydaje mi się, że mój bilans raczej nie wychodzi na plus. Derbów z Cracovią jeszcze nie wygrałem. Czas poznać smak zwycięstwa.



Więcej o: