Sport.pl

Wisła Kraków. W bramce nie ma miejsca na sentymenty

Po dwóch słabszych meczach Michał Miśkiewicz może stracić miejsce w bramce Wisły. - Niestety to czeka bramkarzy, którzy popełniają błędy - uważa Adam Piekutowski, były golkiper zespołu z ul. Reymonta.
Miśkiewicz jest jednym z piłkarzy, którym najmocniej oberwało się po porażce z Arką Gdynia. Przy pierwszym i trzecim golu dla rywali był bez szans, ale drugi poważnie obciąża jego konto. Wypuścił piłkę z rąk po dośrodkowaniu Tadeusza Sochy, a z prezentu skorzystał Dariusz Zjawiński.

Po meczu trener Dariusz Wdowczyk będzie musiał jeszcze raz przemyśleć, komu powierzyć miejsce między słupkami. Spotkanie w Gdyni było trzecim z kolei, w którym Miśkiewicz nie radzi sobie z dośrodkowaniami rywali. Tak było w sparingu ze Śląskiem Wrocław, a po złej interwencji na przedpolu w pierwszej kolejce ekstraklasy bramkę przy Reymonta zdobyła też Pogoń Szczecin.

Wdowczyk może się zastanawiać nad zmianą bramkarza, bo w rezerwie ma doświadczonego Łukasza Załuskę. 34-letni piłkarz trafił do Wisły tuż przed inauguracją ligi, by zastąpić kontuzjowanego Michała Buchalika. Podkreśla, że po latach spędzonych za granicą wreszcie chce regularnie bronić. Każdy błąd Miśkiewicza przybliża go do składu.

- Chociaż w Polsce stawia się na wysokich bramkarzy, nie do końca przekłada się to na dobrą grę na przedpolu. Michałowi zabrakło zdecydowania i pewności siebie. Może dlatego, że przybył mu konkurent, który depcze mu po piętach. Teraz jest na świeczniku: musi rywalizować, by utrzymać miejsce w składzie. Niektórzy potrafią się otrząsnąć po błędach, inni je roztrząsają. A w zawodzie bramkarza pełna koncentracja to podstawa. Zazwyczaj brakuje właśnie jej, a nie umiejętności - ocenia Piekutowski.

Sam przed laty znalazł się w sytuacji Załuski i Miśkiewicza. Kiedy przed sezonem 1999/2000 trafił do Wisły, przez kilka miesięcy był drugim bramkarzem. Wiosną, po słabszych występach Artura Sarnata, na kilka meczów wskoczył między słupki. Później był wypożyczony do Widzewa. Do Wisły wrócił zimą 2002 roku, a latem miał zostać pierwszym bramkarzem. W czasie okresu przygotowawczego postawił na niego Henryk Kasperczak.

- Niestety w pierwszych meczach sparingowych tego nie udźwignąłem, nie dałem w bramce wielkiej jakości. Trener Kasperczak ściągnął wtedy Angelo Huguesa. Wiedziałem, że to, co się stało, było tylko i wyłącznie moją winą: sam zaprzepaściłem okazję. Walczyłem, by odzyskać miejsce w składzie. I po pół roku wytężonej i systematycznej pracy to mi się udało - wspomina.

Teraz z jedenastki w podobny sposób może wypaść Miśkiewicz. Piłkarze Wdowczyka przebywają na zgrupowaniu w Gniewinie, gdzie we wtorek rozegrali zamknięty sparing z Hapoelem Ra'anana (3:3). Wisła nie ujawniła składów, ale według "Dziennika Polskiego" pełne 90 minut w bramce rozegrał Łukasz Załuska. Jeśli trener na niego postawi, a piłkarz nie zawiedzie w sobotnim meczu z Lechią Gdańsk, Miśkiewicz na dłużej trafi na ławkę.

- Niestety to czeka bramkarzy, którzy popełniają błędy. Trzeba patrzeć na interes zespołu, odłożyć na bok lojalność i sentymenty. Dla Wisły ważne są punkty. Jeśli Miśkiewicz straci miejsce w składzie, powinna to być dla niego mobilizacja do dalszej pracy. To nic strasznego. Sam przeżyłem taką sytuację w Wiśle i wiem, jak to jest. Wtedy liczy się charakter i cierpliwość. Nie ma co załamywać rąk, tylko trzeba brać się do roboty - podkreśla Piekutowski.



Więcej o:
Najczęściej czytane