Sport.pl

Wisła Kraków. Krzysztof Mączyński: Postawiliśmy się Niemcom [WYWIAD]

Krzysztof Mączyński stał się podstawowym graczem reprezentacji, choć meczu z Niemcami do udanych nie zaliczy. - Jestem zadowolony z tego, co zrobiłem na boisku, i nie interesują mnie opinie postronnych osób - mówi pomocnik Wisły Kraków i reprezentacji Polski.

Chcesz więcej? Polub Kraków - Sport.pl



Andrzej Klemba: W spotkaniu z Niemcami miałem wrażenie, że był pan ustawiony wysoko z przodu.

Krzysztof Mączyński: Dokładnie tak, grałem na pozycji nr 10. Miałem polecenia od sztabu szkoleniowego, by wspomagać Roberta Lewandowskiego, który był sam w ataku. Zrobić mu trochę miejsca, odciążyć w grze przeciwko niemieckim obrońcom. Jestem jak najbardziej zadowolony z gry i pracy w tym meczu. Trener nakreślił, by przez 50-60 minut dać z siebie wszystko, i myślę, że zrealizowałem jego polecenia.

Statystyki pokazują, że z Niemcami piłka pana omijała. W tym spotkaniu miał pan np. tylko 11 podań, a z Gibraltarem ponad 70.

- Niech sobie piszą, jaki to Krzysiek był zły. "10" to newralgiczna pozycja, z Niemcami nie mogliśmy grać ataku pozycyjnego. Mieliśmy stosować pressing, zmuszać rywali do wybijania piłek. Sytuacje, które stwarzaliśmy, wynikały z zaledwie kilku podań, które trzeba było zakończyć strzałem. To Niemcy dominowali, prowadzili grę. Jestem zadowolony z tego, co zrobiłem na boisku, i nie interesują mnie opinie postronnych osób. To nie oni decydują, tylko szkoleniowcy. Sytuacja, w której Robert Lewandowski znalazł się sam na sam z bramkarzem, stworzyła się po tym, jak ściągnąłem na siebie niemieckiego obrońcę. W takim spotkaniu często jedna okazja decyduje o tym, jak się potoczą jego losy.

Jak wielka różnica jest między Niemcami a Gibraltarem?

- Niemcy to najlepszy zespół na świecie, nie mam co do tego wątpliwości. Grają tam piłkarze od nas o klasę lepsi, ale i tak im się przeciwstawiliśmy i pokazaliśmy charakter. Z podniesionymi głowami możemy przystąpić do pozostałych eliminacyjnych meczów.

Rozegrał pan sześć z ośmiu meczów eliminacyjnych i w kadrze zadomowił się na dobre.

- Dlatego jestem z siebie bardzo zadowolony. Cieszę się, że trener Nawałka na mnie postawił i reprezentacja ze mną w składzie osiąga takie wyniki. Najważniejsze jest dobro zespołu. Do tej pory przegraliśmy tylko jedno spotkanie w eliminacjach, a ludzi chyba ciągle to boli, że są sukcesy, i szukają winnych. Każdy z nas wie, co ma robić, i nas jako reprezentantów interesują wyłącznie opinie sztabu szkoleniowego.



Jeszcze dwa lata temu nie było pana w kadrze. Widać, że kariera nabrała rozpędu.

- Dokładnie pamiętam debiut ze Słowacją w listopadzie 2013 roku. Zagrałem bodajże 15 minut, z których byłem bardzo zadowolony. Dałem wtedy trenerowi znak, że mam potencjał, i dostarczyłem argumentów, by dalej powoływał mnie do kadry. Z każdym meczem było coraz lepiej, dostałem szansę w spotkaniach o punkty i myślę, że to nie był przypadek. Najważniejsze było zaufanie trenera, miał przecież do wyboru innych zawodników na moją pozycję. Postawił na mnie i robię wszystko, by mu się za to odwdzięczyć.

Gdyby nie wyjazd do Chin, meczów w kadrze mógłby pan mieć więcej?

- Wyjazd do Chin raczej mi pomógł. Odkąd zacząłem tam grać, dostawałem powołanie na każde zgrupowanie. To pokazuje, że się rozwinąłem. Nie miało znaczenia, gdzie gram, ważne były regularne występy na poziomie, który satysfakcjonował trenera. Absolutnie nie żałuję tego ruchu.

Do końca eliminacji zostały dwa spotkania. Wydaje się, że wystarczy punkt, żeby wywalczyć awans do Francji.

- Została nam ostatnia prosta eliminacji. Wszystko jest w naszych głowach i nogach. Nic nie jest jeszcze przesądzone, jeszcze ciężka przeprawa przed nami. Teraz najważniejsze będzie spotkanie ze Szkocją. Trzeba będzie znów wspiąć się na wyżyny, by nie zaprzepaścić całego roku, który za nami.

W razie awansu znowu będzie trzeba się spiąć, by znaleźć się w kadrze na mistrzostwa Europy?

- Najpierw trzeba dokończyć eliminacje. Dopiero potem będzie można zacząć zastanawiać się nad walką o miejsce w kadrze na Euro 2016. Wyłącznie sztab szkoleniowy decyduje, kto w tej kadrze się znajdzie.

Niespodzianką było powołanie do kadry dla Bartosza Kapustki. Pomagał mu pan w pierwszych dniach w kadrze?

- Jechaliśmy razem na zgrupowanie. Przybliżyłem mu warunki panujące w reprezentacji, radziłem, by się nie tremował. Powiedziałem o atmosferze, braku podziałów w drużynie. Zobaczył, jak kadra wygląda od środka, i był bardzo zadowolony. To powinno dać mu pozytywnego kopa, bodźca do pracy, bo potencjał niewątpliwie ma.

O Kapustce się mówi, że na boisku nie ma układu nerwowego. Rzeczywiście na zgrupowaniu się nie stresował?

- Jego trzeba spytać o wrażenia, nie mnie. Jak podszedł do występów, zgrupowania, strzelonej bramki. Na pewno to powołanie pomoże mu w karierze.

Nadal najmłodsi noszą piłki czy to tylko mity piłkarskie?

- Na zgrupowaniu reprezentacji nie ma takich zwyczajów. Nie ma dzielenia na zawodników młodszych, starszych, lepszych czy gorszych. Wszyscy są na równych prawach, nie ma takich zasad jak w klubach, gdzie najmłodsi rzeczywiście mają dodatkowe obowiązki i np. noszą sprzęt.

Na zgrupowaniu jesteście w pokojach dwuosobowych?

- To indywidualna decyzja każdego zawodnika. Można mieszkać z kimś, można samemu.

Po ostatnich meczach kadry nastroje są dobre. Teraz wracacie do rozgrywek ligowych. W Wiśle też po ostatniej wygranej humory chyba dopisują?

- Każde zwycięstwo napędza i pozwala patrzeć pozytywnie na kolejne spotkanie. Teraz jedziemy do Łęcznej z nadzieją na wygraną, bo wiemy, jak ważne może być to zwycięstwo. Trzy punkty pozwolą nam utrzymać się w górnej części tabeli. Musimy wygrywać, nie możemy już pozwolić sobie na stratę punktów.

Klub rozpoczął akcję "Wisła to moja historia". Zagracie z piłkarzami, za którymi wielkie mecze z Schalke czy dramatyczne z Panathinaikosem? Pan wtedy był nastolatkiem...

- Pewnie występowałem wtedy w drużynach młodzieżowych Wisły. Mecz z Panathinaikosem oglądałem w telewizji, a z Schalke podawałem piłki. Wtedy grałem w trampkarzach młodszych, nasz rocznik 1987 przez cały sezon właśnie takie zadania spełniał. Pamiętam, że Tomek Hajto nie został miło przywitany przez kibiców Wisły, co wywołało moje zdziwienie. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Polaka tak traktują.

W wieku 15 lat ma się m.in. piłkarskie marzenia. Który piłkarz najbardziej panu imponował?

- Moimi idolami byli Radek Sobolewski i Mauro Cantoro. Kiedyś podawałem piłki Arkowi Głowackiemu, dziś trenujemy razem. Wtedy marzeniem każdego chłopaka było zagrać w dorosłej piłce, w pierwszej drużynie. Ciężko pracowaliśmy, by dojść do tego poziomu. Każdy chciał, ale nie każdemu się udało. Kilka osób z tamtych młodzieżowców zagrało na poziomie ekstraklasy, m.in.: ja, Patryk Małecki, Mateusz Kowalski czy Adam Kokoszka. Kiedy miałem te 12-14 lat, bardziej fascynowałem się graczami zagranicznymi czy turniejami jak mistrzostwa świata.

Miał pan idoli w Wiśle czy w zagranicznych klubach?

- To był okres, kiedy na mecze do Krakowa przyjeżdżały wielkie firmy, jak Barcelona czy Inter Mediolan. Miałem to szczęście, że nasz rocznik dostał szansę oglądania tych meczów z bliska. Przyjeżdżało wielu świetnych zawodników. Nas jako młodych chłopaków najbardziej zadowalała nie tyle możliwość wzięcia autografu od zagranicznych gwiazd, ile szansa na zagranie w dziadka na głównej płycie boiska, gdzie był zakaz wchodzenia. To była taka pierwsza rzecz, która nas niezwykle cieszyła.

Więcej o: