Dariusz Marzec: Serce boli, gdy wychowankowie nie grają w Wiśle

Dariusz Marzec wrócił do spółki akcyjnej i będzie koordynatorem do spraw szkolenia. - Jestem od szkolenia, od rozwoju młodych chłopaków, a gdy wchodzą wyżej, to mogę im tylko kibicować - mówi.
Jacek Staszak: Co ma pan robić?

Dariusz Marzec: Wisła od trzech lat prowadzi projekt klubów partnerskich. Tych jest dużo, niebawem podpisujemy kolejne umowy. To często raczkujące dopiero akademie, gdzie trenują tylko dzieci. Do tego jest umowa z Akademią Wisły Kraków, z Akademią Piłkarską 21, którą znam na bieżąco. Trzeba to wszystko skoordynować, całą bazę zawodników, którzy potencjalnie mogą trafić na Reymonta.

Ile jest obecnie drużyn w Wiśle SA?

- Są rezerwy i zespół juniorów starszych, którego trenerem został Kazimierz Kmiecik.

A w całej sieci powiązań?

- Jeśli w jednym klubie jest 8-10 roczników, w każdym 20 piłkarzy, a mamy podpisane umowy z 14 klubami, to jest ok. 2500 zawodników. Dlatego przede mną dużo pracy. Nawet jeśli pojawi się dobry piłkarz, to musi złożyć się wiele czynników, by do nas trafił. Np. część rodziców nie chce puszczać młodzieńca do Krakowa.

Jak ma się sprawa z podpisanymi umowami z TS-em i AP21?

- Umowa z TS-em jest nadal aktualna i współpraca nawet się pogłębia.

Było spotkanie z rodzicami dzieci grających w Akademii Wisły, którzy obawiali się, że juniorzy z tych zespołów zagrają przeciwko sobie.

- Akademia Wisły będzie istniała i będzie wspierana przez spółkę, organ założycielski. Klub ma opierać się na wychowankach. Dlatego warto mieć jak najwięcej juniorów w zasięgu.

Nie będzie panu brakować pracy na boisku?

- Nie, cały czas będę trenował. Codziennie rano zajęcia indywidualne i do tego po południu zajęcia z piłką, choć nie w takim wymiarze jak dotychczas. Zresztą wciąż robię kurs w Białej Podlaskiej na licencję trenera UEFA Pro. O ile przedtem mogłem koordynowanie w Akademii Wisły łączyć z trenowaniem, to teraz będzie to cięższe. Z boiska na razie jednak nie schodzę.

Czy jest jakiś wzorzec, według którego ma przebiegać całe szkolenie w Wiśle?

- Można różnie na to patrzeć. W Akademii Wisły stworzyliśmy konkretny plan, co robić na treningach. Co miesiąc kluby partnerskie dostawały informacje, jak trenujemy. Plan to jedno, ale nie możemy zabijać inwencji trenerów, wrzucać ich pracy w szablon. Nie tędy droga - można pokazywać kierunek, ćwiczenia, ale resztę determinuje praktyka.

W Wiśle brakuje pieniędzy. Jak sprawić, by powstał internat, którego potrzeba?

- Wiemy, w jakim momencie jest klub i co chcemy zrobić, ale jesteśmy ograniczeni. Gdy Wisła poradzi sobie z kłopotami, wszystkim będzie łatwiej. Nie ma co narzekać, trzeba czekać na lepszy czas.

To samo w kontekście pierwszej drużyny mówi trener Kazimierz Moskal.

- Zaczynałem pracę w Wiśle jako trener w czasach świetności tego klubu - 12 lat temu. Teraz, przy mniejszych nakładach, praca z każdym rokiem staje się lepsza. Jest sztab oddanych ludzi. Efekt ich pracy to liczba zawodników w pierwszej drużynie. Tych nie ma, ale spójrzmy, ilu naszych zawodników gra na boiskach ekstraklasy czy za granicą. Czyli wychowankowie są i będą.

Z Wisły odszedł Tomasz Zając. Co zrobić, by inni, np. Jakub Mordec czy Konrad Handzlik, nie poszli jego drogą?

- Moim marzeniem jest, by trzon zespołu stanowili wychowankowie. O to będzie bardzo ciężko, bo widzimy, jak to idzie. Jeśli jednak ktoś, z różnych przyczyn, nie dostanie się do Wisły, ale gra na poziomie ekstraklasy, to jestem zadowolony. Wiadomo, że serce boli, bo nie grają przy Reymonta, ale o przyczyny nie mnie trzeba pytać. Ja jestem od szkolenia, od rozwoju chłopaków, a gdy wchodzą wyżej, to mogę im tylko kibicować.